Jak 1,5 cm uratowalo moją głowę

Bizonik 2010-12-13 Opowiadania

...
Piątek wieczór. Dzwoni telefon. Patrzę na wyświetlacz - Monika „Szalona”. Odbieram. W słuchawce kobiecy głos.

- Co robisz w niedziele rano? - słyszę.

Myślę sobie, co normalny człowiek w grudniu może robić w niedziele rano? Spać w najlepsze!!!. Odpowiadam, że nie wiem. Na to Moniczka:

- A może by tak na ryby pojechać???

Przez chwilę cisza. Waham się, ale co tam. Może to być ostatni wypad na ryby w tym roku. Ok. Jedziemy. Pytanie tylko gdzie i o której się umawiamy. Okazuje się, że celem naszej wyprawy ma być Wisła obok kanału wylotowego elektrociepłowni Siekierki. Umawiamy się na 6 rano na skraju ulicy Bernardyńskiej.
Pobudka. Za oknem szok - wszędzie biało! Zerkam na termometr minus 7. O rany, co ja najlepszego zrobiłem? Piąta rano, pada śnieg, minus siedem na dworze, a ja jadę na ryby. Normalnie wariat. Robię śniadanie i gorącą herbatę. Przez okno obserwuję pogodę. W głowie kołaczą mi się głupie myśli. Zadzwonię, powiem że nie jadę i pójdę dalej spać...

Herbata z sokiem z malin w końcu mnie rozbudza. Dobra, raz kozie śmierć. Trzeba być twardym. Ubieram się. Wyciągam z szafki ciepłą koszulkę, cienkie dresowe spodnie, a potem na to wszystko idzie kolejna - nieco już grubsza warstwa. Prawie gotowy do zajęć zalewam przygotowany termos. Pakuję wszystko do plecaka i ruszam do samochodu. Wychodząc z domu wołam psa, który to bacznie obserwuje mnie od kilkunastu minut. „Gabi” - bo tak się wabi, to nieodzowny towarzysz moich brzegowych wycieczek nad wodę. Psina podnosi głowę z łóżka, po czym odwraca się tyłem i nurkuje pod jeszcze ciepłą kołdrą. W ten sposób daje mi jasną informacje, że to nie dla niej takie imprezy.
Trochę zmieszany zakładam plecak na ramię i wychodzę. Pod blokiem stoi przyprószony samochód. Odśnieżam go, wsiadam i jadę do garażu po wędki. Nie mogę włożyć klucza do kłódki. Szlag by to trafił ! Miałem ją zalać na zimę olejem i zapomniałem. Dobrze, że w samochodzie mam odmrażacz do szyb. Kilka psiknięć i kłódka daje się otworzyć.



Zabieram dwie wklejanki: okoniową i sandaczową. Ruszam. Zamarznięty samochód idzie ciężko. Szyby parują, a ja trzęsę się z zimna. Nic to. Jak umowa to umowa. W kilka minut docieram do Bernardyńskiej. Szalonej jeszcze nie ma. Parkuję na przystanku MZA i spokojnie czekam. Auto rozgrzewa się - jest fajnie, cieplutko. Śnieg przestał padać tylko ten mrozek...
Nadjeżdża autobus, z którego wyłania się zakapturzona postać z wędką w ręku.

- Tak, tak to ona. Ta Szalona, co mnie na ryby dziś wyciągnęła – uśmiecham się sam do siebie.

Otwiera drzwi od samochodu. Jak gdyby nigdy nic szybkie „cześć” na przywitanie.

- Ale dziś pogoda co? - zagaduje.

Hmm, co mam Jej powiedzieć??? Fajna ta pogoda może i jest, ale bardziej taka przedświąteczna.
Szybka rozmowa i ustalamy, że najpierw spróbujemy na jeziorku, a potem ewentualnie ruszymy nad Wisłę. Tak też robimy. Kilkanaście minut później jesteśmy nad wodą.



Zabieram wklejankę okoniową, a Monika bierze wędkę do łowienia z opadu. Przez chwilę łowimy obok siebie, po czym Szalona znika w nadbrzeżnych chaszczach. Pozostaję sam. Fajne uczucie. Jestem tylko ja, woda, zimne powietrze, totalna cisza i skrzypiący pod nogami śnieg. Jest tak zimno, że z trudem zakładam przynętę na hak bocznego troka. Rzut za rzutem i kompletna cisza. Nic się nie dzieje. Widzę pierwszych ludzi, którzy wyszli z psami na spacer. Zwierzaki jakoś dziwnie szybko biegają i teraz dociera do mnie, czemu mój pupil się na mnie wypiął, woląc zostać w ciepłym posłaniu.



Wracam do samochodu. Kubek gorącej herbaty sprawia, że robi mi się znacznie cieplej. Szukam czapki w samochodzie. Niestety. Została w domu. Mam jedynie rękawiczki. Zakładam je, biorę wędkę i maszeruję w drugie miejsce. Znów kilka rzutów i nagle „pyk” . Hmm, czyżby coś mi puknęło w przynętę?. Palce już takie zgrabiałe, że nie czuję nic. Zdejmuję rękawiczki i nacieram ręce śniegiem. Po tej czynności wycieram je do sucha. Poprawia to znacznie krążenie i wraca mi czucie w koniuszkach palców. Znów powracam do obławiania co ciekawszych miejsc.
I wreszcie przytrzymanie. Zacinam. Wędka wygina się. Czuję delikatne potrząsania. Wiem, że mam rybę, ale jakoś nie jestem w stanie określić, co za przeciwnik połknął przynętę. Ni to okoń, ni to sandacz. Jakoś dziwnie walczy. Po kilku chwilach już widzę, że to piękny zimowy garbus. Udaje mi się bez problemu doprowadzić rybę do brzegu, gdzie wyjmuję ją z wody. Szybko wydłubuję telefon i dzwonię do Moniki, żeby przyszła z aparatem. W telefonie jednak słyszę:

- Jak ma mniej niż 40cm to Ci głowę urwę.

Mija kilka chwil. Trzymam okonia w wodzie. Ręka mi kostnieje i zaczynają płynąć łzy. W końcu dostrzegam Szaloną. Zziajana, spocona leci na złamanie karku. Wyjmuję okonia z wody i już z daleka słyszę:

- O Kurna!!! Ale piękny pasiak!!!.

Szybkie mierznie i okazuje się, że garbus ma 41,5 cm, czyli brakuje mu równo 10 cm do mojego osobistego rekordu. Szalona się uśmiecha
- Te 1,5 cm uratowało Twoja głowę.
Pozostaje szybka sesja zdjęciowa. Monia próbuje wymusić na mnie uśmiech, ale sine paznokcie i bolące palce nie pozwalają na to. Pasiak dostaje całusa i wraca do wody z życzeniem spotkania się za rok.



Wracamy do samochodu napić się herbaty i zastanowić się, co robimy dalej. Jednak zostajemy. Idę dalej w fartowne miejsce. Sytuacja powtarza się. Przytrzymanie, zacinam i pyk - nie ma przynęty. Ledwo wiąże nowy hak. Po kilku rzutach znowu branie. Zacinam, ale pusto. Zmieniam miejsce przesuwam się o kilka metrów. Rzut i siedzi. Kij wygina się i teraz już wiem, że to nie okoń. Nagle luz. Nie ma przynęty. Szczupły wygrał dwa razy. Dzwonię do Moniki i pytam, co robimy. Szybka decyzja – wystarczy. Wracamy.
Zbiórka przy samochodzie. Odpalam auto, żeby się nagrzało, a my w międzyczasie pakujemy manatki do środka. Zerkam na zegarek - 10 rano, 13 grudnia. Wracamy. Podrzucam Szaloną do domu i sam obieram azymut na własne, ciepłe mieszkanko. Siadam w fotelu, zamykam oczy i widzę pięknego oliwkowego okonia z krasnymi płetwami, odpływającego w krystalicznie czystą toń jeziorka.



Teraz po roku, jak to opisuję, aż łza się w oku kręci. Zrozumiałem, że coraz mniej jest takich ryb i takie spotkania są tylko dla wybranych. Warto dzielić się swoimi wrażeniami z innymi, by i oni mogli mieć choć namiastkę znanej nam wszystkim wędkarskiej radości…

Z wędkarskim pozdrowieniem
Paweł Ciołek Bizonik

Bizonik

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (11)

andrew, 2010-12-14 18:37:33
Piekny garbus doprawdy. Dla takich ryb warto zarywac zimowe poranki nawet w niedziele :oklasky:.
Kaz, 2010-12-14 19:22:05
Tak piękny moje gratki Pawełku:okok::oklasky:
colednik, 2010-12-14 19:23:35
"Piąta rano, pada śnieg, minus siedem na dworze, a ja jadę na ryby. Normalnie wariat." oj wariat, wariat, a raczej dwa wariaty:P Ja pamiętam w tamtym roku przy podobnej temp wybrałem się na rybki ale zbytnio nie połowiłem bo plecionkę tylko miałem i sobie powiedziałemm, że od tamtej pory chyba już na ryby nie pójde przy takiej temp. Chociaż z drugiej strony pare fajnych fotek udało mi się zrobić i chociażby dlatego w miarę fajnie było tamtego dnia
Wozik77, 2010-12-14 21:26:00
Bizonik. Znam to uczucie i chwilę słabości, kiedy za oknem wicher hula, deszcz czy śnieg zacina, a tu na wyciągnięcie ręki wzywa ciepłe łóżko. Do tego dajmy na to jest sobota .....................a My "wariaci" na ryby!!!! :kwadr: I to jest to - każdy z nas to powie!!! Tak - dla takich ryb warto zarywać ranki, dni i noce, ech warto! I nie dla pewności, że się taką rybę złapie tylko właśnie dla tej "wielkiej niewiadomej" Jeszcze raz gratulacje za OKONIA! :oklasky::oklasky:
Mottle, 2010-12-15 16:49:48
Takie historie zostają na długo w pamięci i skutecznie rozgrzewają wyobraźnię w zimowe wieczory. Nie wiem czy ja dobrze zrozumiałem ? "garbus ma 41,5 cm, czyli brakuje mu równo 10 cm do mojego osobistego rekordu" ale jeśli tak to gratuluję Ci tego rekordu bo ten 41,5 to glut w porównaniu do tych 51,5 cm !!! Napisz jeszcze że krajowy i padam :boisie:
Bizonik, 2010-12-15 17:53:46
Tak rekord krajowy i to na dodatek nie taki stary bo z 2005 roku
Mottle, 2010-12-15 20:11:46
No to respect :tak:
bysior, 2010-12-20 15:15:03
Piękny garbus! :aparat: :bezradny: Fotka jak odpływa ta mała łódź podwodna - bezcenna! I fajnie Bizonik, że opublikowałeś to opowiadanie jak to było! Życzę o 10,5 cm dłuższego garbusa w sezonie 2011! :hura:
Mariano, 2011-01-09 20:19:52
Bardzo fajny art okraszony pięknym grudniowym okoniem.Gratuluje
Paweł, 2011-01-09 21:39:55
Tyle razy już to czytałem i... nie skomentowałem? No szok:glupek:! Bo przygoda przednia, okoliczności przyrody, mimo trudnych warunków pogodowych, wspaniałe! Okoń przepiękny:zacieszacz:! No i co najważniejsze - takie dni pamięta się najdłużej:hura:! Fajna przygoda, Pawle:hejka:!
Wozik77, 2012-04-02 21:48:28
Kurde Bizonik. Wchodzę czasem do tego artu ( nawet sceneria zimowa mnie nie schładza :kwadr bo nie mogę się napatrzyć na tego Twojego Okonia. Piękny.:oklasky::oklasky::oklasky: