Hauki czyli szczupak po Fińsku. Finlandia 2013 cz. II

Robson 2014-02-13 Wyprawy wędkarskie

...
Drugi tydzień w Finlandii był zupełnie inny niż pierwszy turnus. Poczynając od ekipy, poprzez techniki łowienia i same łowiska, na pogodzie kończąc. Po wyjeździe chłopaków z pierwszego turnusu, nad nasze urokliwe jezioro zawitała szóstka wędkarzy. Szczerze mówiąc byłem bardzo ciekawy tego tygodnia. Przekrój umiejętności, doświadczenia i założeń był naprawdę imponujący.


Drugi turnus rozpoczął się wietrznie. Temperatura co prawda nie spadła, ale zaczęło mocno dmuchać, co zaowocowało sporą falą na jeziorze. Ekipa dojechała ok 15:00. Widok jeziora powalił, dokładnie tak jak mnie dwa lata temu. Scenariusz pierwszych godzin na miejscu jest prawie zawsze taki sam: zakwaterowanie, zwiedzanie domków, rozpakowanie bagażu, drink, grill i rozmowa z tysiącem pytań odnośnie wyników poprzedniego teamu. No co brały? Gdzie? O jakiej porze? Etc., etc.. W trakcie pierwszego turnusu na mapie batymetrycznej staraliśmy się zaznaczać miejscówki – pewniaki, co było bardzo pomocne w drugim tygodniu, zwłaszcza, że niektórzy nie byli „wyjadaczami”.


Po ogólnym ogarnięciu się, złożeniu sprzętu i selekcji przynęt nadeszła ta długo oczekiwana chwila – wodowanie.

Popłynąłem z Tomkiem Z. Znając jego zacięcie do łowienia na rzece i w dzikim otoczeniu, odkręciłem manetkę silnika i popłynęliśmy prosto na wpływ niedalekich kosek do jeziora. Rzeka, wpływa tam do jeziora bardzo nierównomiernie tworząc rozlewiska i szersze miejsca obficie porośnięte uwielbianymi przez wszystkich szczupakowymi trawiskami, o mocno zarośniętym, zupełnie niedostępnym od strony lądu brzegu. Masa zatopionych w wodzie gałęzi dopełnia ten cudowny widok. W tym właśnie miejscu zaledwie kilka dni wcześniej wyciągnąłem swojego rekordowego „pasiaka”, tam też Rysiek wyjął sandacza wyjazdu. Nic tylko próbować.

Nie pomyliłem się. W 3 rzucie Tomek zacina i z uśmiechem na ustach wyciąga z wody szczupaka – nowy rekord życiowy – 70 cm. Rozradowany, wypuszcza rybę i próbuje jeszcze raz, tym razem rzuca pod jedno z wiszących nisko nad wodą drzew, znowu uderzenie, zacięcie i w łódce ląduje kolejna życiówka – 74 cm. Mina Tomasza mówi sama za siebie, a to dopiero początek.

W drugim tygodniu pogoda nas nie rozpieszczała. Już nazajutrz po przyjeździe wiało coraz bardziej i choć nie było jeszcze zupełnie zimno, pogoda zdecydowanie miała się ku gorszemu. Szczerze mówiąc cieszyło mnie to. Mając w pamięci upały z pierwszego turnusu, temperaturę wody niemal równą temperaturze powietrza i ogólną flautę na jeziorze, miałem nadzieję, że tak jak rok wcześniej, po załamaniu pogody ryba zacznie ostrzej żerować, co zaowocuje znakomitymi wynikami. Niestety, mimo że wiatr przemieszał porządnie wodę w akwenie, nadal była ona po prostu gorąca. Ryba była leniwa i trzeba było jej poszukać. Na szczęście, jak to zwykle bywa na rybach, ilu wędkarzy nad wodą tyle patentów na ryby. Tomek W. pragmatycznie i konsekwentnie obławiał sprawdzonymi przynętami wszelkie zakątki jeziora tak rano jak i w ciągu dnia. W ruch szły stare, niezawodne twistery i kopyta, ogólnie dużo jigów Przekonał się także do trollingu, którego nie był do tej pory zwolennikiem. Przy tej metodzie absolutnym sandaczowym killerem okazał się Shad Rap – Tomek wyhaczył na tę przynętę najwięcej mętnookich bestii z nas wszystkich. Mariusz i Ola nastawili się raczej na rekreacyjne przeczesywanie okoniowych miejsc. Tomek Z. rzucał zarówno ciężkimi wahadłami jak i malutkimi woblerkami na bardzo delikatnym sprzęcie, co dawało świetne wyniki. Pech chciał, że prawdziwy potwór połasił się właśnie na jednego z małych woblerów i po półgodzinnej walce i ciągłych odjazdach, ryba po prostu porwała Tomkowi delikatny, okoniowi zestaw.

Paweł rzucał jerkami i dużymi gumami – co dawało świetne rezultaty. Natomiast ja z Leszkiem łowiliśmy dużo na obrotówki – tu bezkonkurencyjne były blachy Meppsa Aglia Long oraz Luxory. Zaraziłem Leszka spoonami – nie było chyba kępy zarośli na łowiskach, której byśmy nie przeczesali. Szło nam nieźle, co dzień wyniki całej ekipy były dwucyfrowe, jednak nie było to eldorado sprzed roku. Coś ewidentnie zmieniło się w jeziorze. Poziom wody – to pewne, jej temperatura także nie sprzyjała obfitym połowom. Do tego pogoda z dnia na dzień była coraz gorsza. Padało co raz częściej. Wiatr także nas nie oszczędzał.

Trzeciego dnia oba Tomki i Paweł zdecydowali się nie wypływać na jezioro, lecz wstać z samego rana i wyruszyć na villpulskie koski. Przezbroili wędki, wybrali małe przynęty i zadowoleni, że tym razem wiatr ich nie wysmaga ruszyli na łowisko. Wytłumaczyłem im gdzie kupić zezwolenia, zaś na miejscu dowiedzieli się na jakim odcinku mogą łowić i jakie są obostrzenia dotyczące wymiarów ryb i dziennego limitu połowów. Okazało się, że chłopaki trafili w dziesiątkę. Na początku musieli wpasować się w ostry nurt rzeki.

W niektórych miejscach kipiel uniemożliwiała właściwe prowadzenie przynęty, rzucali trochę na ślepo. Na szczęście z pomocą przyszedł miejscowy wędkarz, który pokazał naszym kolegom jak, czym i gdzie rzucać. Efekt był piorunujący. Już po kilku rzutach na wędce Tomka Z. Trzepotała ryba. W tak rwącej rzece, w dodatku z dosyć wysokiego brzegu, podebranie nawet niewielkiej sztuki jest dosyć problematyczne. Tu było tym ciężej, że rybą holowaną przez Tomka był piękny pstrąg, który walczył tak jak na łososiowatą rybę przystało. Tomek dał radę go podebrać, by już za chwilę holować drugiego. To się nazywa łowienie! Pozostali także nie próżnowali, Tomek W. wyciągną pstrąga i kilka szczupaków,

Paweł na szczupakach poprzestał. Kropką nad i był popis Tomka Z., który wyjął z koski przepięknie wybarwionego lipienia. Takie ryby drodzy koledzy, to ja rozumiem.



Chłopaki, rozgrzani do czerwoności emocjami tego ekscytującego dnia, wrócili do domków z mocnym postanowieniem powtórzenia wyprawy nazajutrz.

Tym razem dołączyliśmy do nich z Leszkiem. W pudłach wylądowały wszelkie trociowe woblery jakie mieliśmy na stanie, do tego mnóstwo paprochów i malutkich blaszek. Aby odciążyć zestawy postanowiliśmy łowić bez przyponów. Wzdłuż rzeki było tłoczniej niż dzień wcześniej. Pojawił się także muszkarz. Aby wyczuć wodę zacząłem rzucać w spokojniejsze miejsca o łagodnym nurcie. Niestety, oprócz kilku pobić, niewiele się wydarzyło. U chłopaków podobnie. Postanowiłem przenieść się w pobliże mostu kolejowego, łączącego oba brzegi koski. Nurt tam był naprawdę ostry. Założyłem ciemnego, trociowego woblerka i rzuciłem w kipiel. Potężne uderzenie o mało nie wyrwało mi wędki z rąk. Z kipieli wyskoczył przepiękny pstrąg, książkowo wygiął się w łuk i zapikował w pianę. Nie miałem żadnych szans. Lekki zestaw nie wytrzymał siły ryby wspomaganej szaleńczym nurtem. Pstrąg odpłyną z woblerem w pysku, a ja stałem na brzegu nie bardzo wiedząc co się przed chwilą wydarzyło. Na pocieszenie pan muszkarz zaprezentował w całej okazałości technikę zacięcia, holu, i podebrania ryby – kolejny łososiowaty.

Villpula wydała piękne ryby w niebanalnych okolicznościach przyrody, jednak prawdziwe koskowe łowienie czekało nas w zupełnie innym miejscu. Zafascynowani łowieniem w potokach poprosiliśmy Roberta, który już był w Polsce, aby namierzył w internecie jakieś rzeczne łowiska niedaleko naszej bazy. Robert wypatrzył Kitoskoski – miejsce, oddalone ok 50 km od naszych domków. Postanowiliśmy spróbować. Licencje wykupiliśmy u przemiłej pani w sklepie spożywczym, w którym, ku naszemu rosnącemu zaniepokojeniu, wszystko kojarzyło się z niedźwiedziami. Poza standardowymi, spożywczymi zakupami, w sklepie tym, można było nabyć przeróżne gadżety z ursusem. Od kubków, poprzez długopisy, na kalendarzach kończąc, zaś przed sklepem, zaraz obok mostu na rzece stał duży , drewniany posąg przedstawiający to majestatyczne zwierzę. Otrząsając się z obaw wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy na odcinek specjalny łowiska. Pogoda nie sprzyjała. Było zimno i padało, jednak widoki rekompensowały wszystko. Szliśmy w dół rzeki obydwoma brzegami. Już kilkadziesiąt metrów od miejsca startu – kolejnego mostu na rzece na brzeg trafiło kilka pięknych szczupaków. Na początku brzegi były trudnodostępne – dużo zarośli, gęstych krzaków – rzuty były utrudnione, brzeg, łagodnie łączący się z rzeką, przez co wyjątkowo grząski – utrudniał podebranie ryby, na szczęście im dalej w dół rzeki tym las robił się rzadszy, a wzdłuż brzegu pojawiało się coraz więcej skał. Szybko zorientowaliśmy się, że najwięcej pobić trafia się na zwolnieniach nurtu. Obrzucaliśmy każdą skałę wynurzającą się z wody, co owocowało pięknymi okoniami i szczupakami. Na jednej z takich „bankówek”, na zwolnieniu tuż przed sporą kipielą, spory szczupak uderzył w moją blachę. Zaciąłem i rozpocząłem holowanie. Szczupak odjechał mi kilkakrotnie, próbując uciec w jak największy nurt. Przy kolejnym podciągnięciu już prawie udało mi siego podebrać jednak znów odjechał , ściągając mnie ostatecznie ze śliskich kamieni prosto do wody. Ryba znów mnie nabrała. Kitoskoski to wyjątkowe miejsce. Rzeka rozpoczyna bieg bardzo powoli, by w dalszym biegu zmienić się w prawdziwy górski potok. Z całym szacunkiem dla naszego polskiego Dunajca, przy Kitoskoski jest on tym czym rzeczka Bździna przy Nilu. Kitos to wyjątkowy potok, szeroka, górska woda z wieloma przełomami, niezliczoną ilością dopływów.


Huk pieniącej się wody utrudnia zwykłą rozmowę. Skalne, wysokie brzegi w połączeniu z pięknym starodrzewem tworzą niezapomniany widok. Jeżeli chodzi o ryby, woda ta odznacza się rekordowymi wręcz okazami okonia, pięknymi, upasionymi na pstrągach szczupakami i samymi pstrągami, skaczącymi do przynęty zanim ta dotknie wody. Wrażenia wyrywające z woderów. W licencji wypisano gatunki ryb występujących w Kitoskoski są to miedzy innymi : okoń, szczupak (te łowimy bez limitu), troć, pstrąg tęczowy i potokowy a nawet tajmień ( łososiowate możemy zabrać z łowicka w liczbie nieprzekraczającej dwóch, dodatkowo zabrać możemy tylko te ryby, które pozbawione są płetwy tłuszczowej). Pikanterii całej eskapadzie nad Kitos dodaje fakt, że przyległe do potoku lasy są ostoją niedźwiedzia brunatnego. Stąd wspomniane wyżej akcesoria z jego wizerunkiem. Spokojnie, według tego, co wypisano na tablicach informacyjnych niedźwiedzie nie pojawiają się na odcinku specjalnym…zbyt często.




Podsumowując: drugi turnus nas nie rozpieścił, zwłaszcza pod względem pogody. Ryb, mimo wszystko, złapaliśmy dużo. Zabrakło co prawda metrówy, która byłaby doskonałym akcentem na tle opisanych przeze mnie okoliczności, jestem jednak zadowolony przede wszystkim z tego, że odkryliśmy fenomenalne pstrągowe łowiska, na które na pewno zwrócimy w przyszłości więcej uwagi. Wiemy także, że całkowite załamanie pogody nie gwarantuje uaktywnienia się ryby, zwłaszcza kiedy woda stygnie bardzo powoli. Co by nie mówić, skreślam już dni w kalendarzu i kompletuje pstrągowe przynęty.


Wszystkich zainteresowanych wyjazdem w 2014 proszę o kontakt - I jak zwykle polecam!

tekst @king_pest - vel. Grześ
Foto @tom76 - vel. Tomek

Robson

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (1)

rapa, 2014-02-19 13:19:53
:okok: