Dziadkowa struga

Bombel 2010-08-04 Wyprawy wędkarskie

...
- Kiedy ostatni raz tu byłeś? - Jarek popatrzył badawczo - Bo ja ze dwa lata temu. Ale tylko tak, popatrzeć, nawet bez wędki.
- Cholera, trudno powiedzieć - Adam podrapał się po głowie - Chyba z pięć lat, może i z siedem. Pewnie się pozmieniało, co?
- A i owszem, ścieżki całkiem zarosły, strasznie trudno przebrnąć. Ale struga wygląda ciągle tak samo. Bardziej czysta jest, odkąd wreszcie zlikwidowali tę świniarnię w następnej wsi. Podobno najpierw ci od środowiska złapali właściciela na spuszczaniu ścieków i przyłożyli po kieszeni. Zaraz potem go złapali, że jakieś zakazane świństwa do paszy dorzucał. To znów dostał po kieszeni. Gość podobno nie trzeźwiał, to i interes zaniedbał. Moim starym do tej pory nie zapłacił za dziesięć ton kartofli. Splajtował. Nawet komornik jest bezradny, bo nie ma z czego ściągnąć. E tam, szkoda gadać. Ubieraj wodery, przejdziemy się. I kapotę załóż.
- Żartujesz? Przy takiej pogodzie? Za pięć minut się ugotuję!
- Albo się zagrzejesz, albo nieziemsko podrapiesz. Jeżyny, maliny i głogi. A pokrzywy takie dobrze ponad głowę. Ci mówiłem, że ścieżki całkowicie zarosły. Zdaje się, że odkąd żeśmy stąd na dobre wyjechali, to nikt już nie łaził. Nawet w tych miejscówkach, gdzieśmy kiedyś krzaki wycinali, ostatnio też trudno by było kijem operować. Zresztą co tu gadać, sam zobaczysz, chodźmy.
Linia niskich wiklin z gdzie niegdzie wystającymi wierzbami ciągnęła się prosto, wzdłuż łąki. Obaj wiedzieli, dlaczego nie ma wyższych wierzb. Płaski teren, więc wichury zbierały żniwo. Każda, która wystawiła koronę o choćby pięć metrów nad poziom wiklinowego gąszczu, kiedyś i tak musiała się poddać naporowi podmuchów. Kładły się posłusznie, coraz bardziej zagęszczając i tak nieprzebytą plątaninę wiklin, jeżyn, malin i pokrzyw.

Obaj też wiedzieli, że struga zaraz odbije ostrym skrętem w prawo, kryjąc się w największym gąszczu. Tam, przeciskając się pod lub nad zwalonymi pniami, meandrując szybkimi, krótkimi skrętami, wpychała się w gliniaste podłoże, na zakrętach wbijając się w liczne, acz ubogie pokłady piasku. Na zakrętach było więc głębiej. A że piasku było niewiele, zaś glina nie poddawała się nawet największym przyborom z rozwścieczonym, niszczycielskim nurtem, to koryto pozostawało niezmienne. Obaj pamiętali, że od ponad dwudziestu lat, gdy pierwsze kroki wędkarskie stawiali, przez kolejne lata, gdy tu buszowali w poszukiwaniu nielicznych szczupaków, nadspodziewanie dużych płoci, przecudnie wybarwionych okoni, rzadziej trafiających się kleni, nielicznych ale dużych jelcy i kiełbi tej wielkości, że nawet na patelnię mogły się nadawać, struga nie pozwalała sobie na zmianę układu dna. Tyle tylko, że kolejne zwalone wierzby coraz mocniej przegradzały koryto, czasem uniemożliwiając wpuszczenie spławika na przykład tam, gdzie chyba od zawsze stały grube jelce. Albo podchodziło stado płoci mierzących po trzydzieści centymetrów. Miejsce zostawało przynajmniej na rok spalone. Bo korona, chyba ze złośliwości jakiejś, zwykle waliła się prosto w rybodajny dołek. Jak dołek ma najwyżej z dziesięć metrów długości, to skrajne gałązki sięgały aż na wypłycenia. Gdzie latem wody do pół łydki. Dopóki kolejny gwałtowny przybór nie pozdejmował z umarłej wierzbowej głowy plątaniny cienkich, kruchych gałązek, kryjące się tam ryby były niedostępne. Więc po każdym wiosennym przyborze, po każdej wichurze, przedzieranie się przez krzaki z lekką, króciutką spławikówką w ręku, było loterią. Raz się okazywało, że trzy dołki znów są od biedy dostępne i można pod pień zapuścić spławiczek. W kolejnym moczyła się świeżo zwalona wierzba. Więc znowu dalej, tą wąziutką, chyba tylko przez nich wydeptywaną ścieżynką.
- Choroba! Dwa lata temu było ciężko, ale teraz to już koszmar! - stęknął Jarek, przerywając milczenie znaczone tylko sapaniem na dwa głosy
- Patrz, już kwadrans brniemy, a przeszliśmy ze sto metrów. Ale skoro już jesteśmy... Nad rzekę nie ma co - Adam zerknął na zegarek - za późno przyjechaliśmy, wszystko będzie pozajmowane.
- No właśnie. Zresztą już pierwszy dołek, pięćdziesiąt metrów dalej następny. Na pewno coś wydłubiemy! We dwóch się nie zmieścimy, stawaj, ja idę dalej.

Adam stanął na gęsto zarośniętym brzegu. W gęstej ścianie pokrzyw wypatrzył wąską szczelinę, gdzie można się przecisnąć na sam skraj brzegu. Przez minutę rozglądał się uważnie. Z ostatniej wizyty pamiętał, że najlepiej sprawdzały się małe woblerki imitujące kiełbika, prowadzone przy dnie. Wirówki cieszyły się mniejszym zainteresowaniem, gumki zupełnie się nie sprawdziły. Więc zaczął od tonącego woblera. To był dobry wybór, bo w poprzek koryta leżał zmurszały pień. Przynętę można było spławić z nurtem pod kłodą, kilka metrów za nią. W razie brania nie bał się o los bardzo mocnego zestawu. Tu nie było miejsca na finezję, tu trzeba było ciągnąć błyskawicznie, na siłę. Pierwsze trzy rzuty wykonał w poprzek nurtu. Czekał, aż wabik dojdzie do dna i powoli ściągał, słabemu nurtowi pozwalając spychać woblerka po łuku. Zaczepiła się tylko jedna mała gałązka. Kolejny rzut wymierzył na środek, kilka metrów przed pniem. Umiejętnie przytrzymując, powoli, z przerwami, oddawał plecionkę czekając, aż drewniana rybka wpłynie pod przeszkodę. Była pod nią lub tuż za nią, gdy zaatakował szczupak. Gwałtowne zacięcie, błyskawiczne wyciągnięcie ryby spod pnia i po pół minucie pierwszy kaczodzioby, nie bez trudu podebrany ręką, szamotał się między pokrzywami.
- Mam! - krzyknął rozradowany łowca - Ale krótki, pod czterdzieści. Nie słysząc odpowiedzi skojarzył, że przez ten gąszcz nawet i głos nie chce przechodzić. Szybko wyjął aparat, zrobił fotkę jako dowód i wypuścił rybę. Złożył kij, ruszył dalej. Nie było sensu próbować. Tu zawsze jeden dołek okupowany był przez jednego szczupaka. Dopiero ze dwieście metrów dalej, gdzie struga rozlewa się na prawie dwadzieścia metrów i jest dół na cztery metry, można było liczyć nawet na pięć brań.

Dogonił Jarka dopiero na czwartym dołku. Z obławiania dwóch poprzednich zrezygnował. Skoro Jarek przechodził, to albo niczego nie złowił, albo nie da się łowić. Pogawędzili chwilę. Adam pochwalił się pierwszą zdobyczą. Kolega na razie bez brania. W tych dwóch ominiętych rzeczywiście nie dało się rzucać. Ruszył dalej. By zaraz się przekonać, że o wiele łatwiej iść za kimś, kto przeciera szlak. I że Jarek miał absolutną rację namawiając na wodery i kurtkę z długimi rękawami. Nie było po drodze centymetra, by czepliwe, kąśliwe kolce jeżyn i dzikich malin hurtem nie próbowały podrapać intruza.
Kolejny dołek był czysty, ale niezbyt obiecujący. Stosunkowo płytko, niewiele ponad metr. Nawet dwadzieścia lat temu rzadko trafiały się tu ryby. Jeśli już, to głównie niewielkie płoteczki i okonki, z rzadka krótki szczupaczek. Ale sprawdzić trzeba, bo a nuż? Ze dwadzieścia rzutów, po co piątym zmiana przynęty. Więc powrót do woblerka, który okazał się skuteczny i jeszcze pięć ostatnich rzutów. Jest branie! Tuż pod szczytówką stuknął w woblera okonek z piętnaście centymetrów. Chyba tylko sprawdzał, co przed nim płynie, chyba tylko stuknął zamkniętym pyszczkiem. By błyskawicznie uciec.
Dalej był ten szerszy, najciekawszy, zawsze najbardziej rybodajny odcinek. Nie tylko Adam zawsze się dziwił, że choć ta strona leży od wewnętrznej strony łuku, to tuż przy półmetrowej brzegowej skarpie, niemal pionowo w dół, jest prawie dwa metry wody. Co też ciekawe, to jedyny fragment brzegu, długi na czterdzieści metrów, gdzie zbity gąszcz krzaków trzymał się o pięć metrów od skraju. Tworzyła się łąka porośnięta bujną, gęstą trawą. OD granicy pionowego, przybrzeżnego spadu dno opadało dość łagodnie, by pod drugim brzegiem dojść na cztery metry. Ale w największą głębię nie dawało się podać czy to żywca, czy spinningowego wabika. Wznosiła się nad nim prawie pionowa, wysoka na trzy piętra, gliniasta skarpa porośnięta olchami. Nie było roku, żeby któraś z ulew nie wypłukała z niej choć jednego drzewa. Prawie wszystkie zjeżdżały jak z pochylni, korzeniami w dół. Przez lata utworzyły coś w rodzaju gęstego, zatopionego lasu. Pnie w wodzie, a korony pokornie przytulone do stoku. W ten sposób przynajmniej pięć metrów od skarpy, gdzie najgłębiej, było absolutnie niedostępne dla wędkarzy.
- Widzisz, nic się tu nie zmieniło - zagaił wychodzący z krzaków Jarek - Jeśli tu nic nie złowimy, to możemy wracać.
- Albo wrócić tylko kawałek i po tej płyciźnie przeprawić się na drugi brzeg. Potem byśmy zeszli niżej, aż za skarpę. Tam też nieźle bywało.
- Zobaczymy. A teraz weźmy się do roboty. Pamiętasz, co dziadek opowiadał? Że tam, między pniami, najmarniej cztery metry.
- I że miał tam na kiju kilka ponad metrowych szczupali, ale wszystkie weszły między pnie... Niestety, dziadek już w krainie wiecznych łowów... - Jarek zakończył pełnym smutku westchnięciem.

Dziadek Jarka - wspomniało się Adamowi, gdy już posłał przynętę w pobliże pni - jak nikt inny znał strugę. Mieszkał w pobliskiej wiosce, jako jedyny trzymał tu łódkę. Mieli z babką pół hektara ziemi obsadzonej porzeczkami i malinami, do tego maleńką szklarnię i dwa tunele foliowe. Z tego żyli. Jak na swoje potrzeby to całkiem nieźle. Nie było przy tym wiele roboty, więc dziadek prawie codziennie bywał na wodzie. Ale tylko do chwili, póki nie złowił jednej dużej ryby. Takiej, żeby starczyło na kolację dla dwojga. I wracał do domu. Jako jedyny potrafił te największe wytropić. Pięciokilogramowe szczupaki tak bardzo nie dziwiły. Ale oniemiał Adam, gdy na jego oczach wyjął ponadkilogramową płoć. Potem dwójkowego lina. To takie płocie tu są?! A linów to w ogóle nikt tu nie widział! Tymczasem dziadek wiedział, umiał. Ale, jak kilka razy powtarzał, trzeba z łódki, trzeba wyczekać. Jak trzeba to nawet i cztery godziny mus siedzieć bez ruchu. Chłopcy łódki nie mieli, a dziadek zabrać ich nie chciał, bo nawet godziny spokojnie nie wysiedzieli. Odszedł siedem lat temu. Wyciągnięta na brzeg łódka, przez nikogo nieużywana, do tej pory leżała. Jakby pomnik po wspaniałym człowieku, który chyba nigdy nie miał wrogów. Adam miał pewność, że do końca życia nie zapomni przygarbionej, drobnej sylwetki starego człowieka, który na rybach wolał milczeć. Ale w domu okazywał się fantastycznym gawędziarzem.

Pierwszego szczupaka zapiął Jarek. O dziwo - na gumę. Posłaną dokładnie na granicę pni. Wyskoczył spomiędzy nich zanim guma doszła do dna. Jarek nie dał się zaskoczyć. Zaciął atomowo, błyskawicznie odciągnął ofiarę w stronę czystej wody. Dopiero tam szczupak oprzytomniał, podjął walkę. Szalał przepięknie, lecz przy tak mocnym zestawie nie miał szans na skrycie się w bezpiecznym mateczniku. Po dwóch minutach osłabł, dał się podciągnąć pod brzeg. Adam położył się na skarpie, ręką ledwie sięgając do powierzchni. Ucapił rozbójnika za kark, wyciągnął na trawę. Chude sześćdziesiąt pięć centymetrów, najwyżej dwa kilogramy. Ale szczupaki ze strugi zawsze były chude. Po szybkim sfotografowaniu Jarek uwięził go na agrafce, uwiązanego na krótkiej smyczy wpuścił do wody. Jeśli nie uda się złowić większego, to ten pojedzie w swoją ostatnią podróż.

Po kwadransie przechytrzył drugiego, znacznie mniejszego. Ten wrócił do wody. Zaraz i Adam wreszcie złowił. Ale spod brzegu, na którym stali. Ryba była mała, ledwie wymiarowa. Po chwili namysłu też wróciła do wody. Po trzecim szczupaku złowionym przez Jarka, też mniejszym od pierwszego, Adam wreszcie uznał wyższość gum. Te większe drapieżniki zdawały się siedzieć w gąszczu pni, mając tam znakomitą i kryjówkę, i pozycję startową do ataku. Wobler czy wirówka były dobre tylko na płytszej wodzie, gdzie przynętę można było szybko sprowadzić do dna. Ryby koncertowo łowione przez Jarka atakowały najdalej o dwa metry od pni. Jeśli atak na tym odcinku nie nastąpił, to potem już tylko pusty przelot. Wreszcie i on sięgnął po pudełko z gumami. Wybrał trzycalowe kopyto, uzbroił w sześciogramową główkę. Może przydałaby się cięższa, ale skoro brania były z opadu, to chciał ten opad spowolnić.

To był dobry wybór. Już w drugim rzucie, gdy guma była wpół wody, nastąpił bardzo silny atak. Bo i ryba zdawała się duża. Szalała na środku nawet mocniej niż ten pierwszy Adama. I dłużej nie dawała się umęczyć, podprowadzić do brzegu. Jednak musiała się poddać. Sprawnie ucapiona przez Jarka za kark leżała teraz na trawie, bezsilnie otwierając i zamykając pysk. Sześćdziesiąt dziewięć centymetrów! Obowiązkowa fotka, uwięzienie na agrafce i krótkiej smyczy.
- Czułem, byłem pewien, że połowimy! - Jarek klepnął się po udzie, gdy już wytarł ręce i podniósł swoją wędkę - Ech, gdybyśmy dwadzieścia lat temu mieli taki sprzęt!
- To pewnie by już ryb tu nie było - mruknął Adam - Teraz są, bo po paru latach tylko my się pojawiliśmy. Widzisz... tak sobie pomyślałem, że gdybyśmy ze cztery razy z rzędu tu przyjechali i wzięli po komplecie, to byłoby pozamiatane...
- Chyba masz rację. Słuchaj, może już odpuśćmy, co? Jeszcze po pięć rzutów, tak na zakończenie i wracamy.
- Trochę wcześnie, dopiero jedenasta dochodzi, dnia szkoda. I ślubne się zdziwią, że wrócimy na dwie godziny przed obiadem.
- E tam, mam lepszy pomysł - łobuzersko uśmiechnął się Jarek - odstawię autko na parking i skoczymy do pubu na browarka. A co, trzeba uczcić taki dzień!
- Zgoda! Po pięć rzutów, nie więcej. Narobiłeś mi smaku na tego browarka.

Stanęli o dziesięć metrów od siebie, rzucili równocześnie, obie gumy plusnęły idealnie pod pnie. W czwartym rzucie Jarek nagle syknął: - o cholera! Jakaś lokomotywa! To coś wzięło dopiero po kilku metrach prowadzenia. Mocno ustawiony hamulec z grubą plecionką cichutko zawarczał, oddając linkę. Ryba nagłym zrywem rzuciła się nie między pnie, a z nurtem, wzdłuż pasa czystej wody. Wydawała się nie do zatrzymania. Adam musiał błyskawicznie zwinąć swój zestaw, by się nie splątały. Zdumiony patrzył, jak odgięty w tył kolega, z kijem złożonym w parabolę, nie mogąc ryby zatrzymać, zaczyna małymi kroczkami przesuwać się za nią. Kołowrotek dalej pomrukiwał. Niepodobieństwem było, mimo starań Jarka, odzyskanie nawet centymetra linki. Tej tylko ubywało. Naraz ryba zrobiła gwałtowny zwrot i ruszyła pod prąd. Dopiero teraz przestała iść po prostej, zaczęła szarpać na boki. Widać to było po pulsującym kiju Adama. Gdy ryba uciekała w ich stronę, jakby chcąc złapać nieco luzu, Jarkowi udawało się błyskawicznie kontrować i odzyskiwać po metrze plecionki. By w następnej sekundzie, gdy szczupak odbija w drugą stronę, kołowrotek bezradnie znów ją oddawał. Piętnaście metrów pod prąd i znów nagły zwrot w drugą stronę. Ale już jakby nieco wolniejsza była ta ucieczka, za to nasiliły się próby wypadów na boki. Mimo to Jarek dalej nie mógł odzyskać plecionki. Ale przynajmniej już jej nie tracił. Ryba słabła. Po minucie, może dwóch, po kolejnym zwrocie, umiejętnym pompowaniem Jarek wreszcie zaczął podciągać zdobycz ku sobie. Mozolnie odzyskiwał po pół metra linki. Szczupak walczył coraz mniej dynamicznie, pozwalał się podciągać. Wydawało się, że jeszcze kilka minut i się podda. Nagle wystartował ku górze, wystrzelił nad wodę widowiskową świecą, trzęsąc łbem. Guma wystrzeliła ze szczupaczej paszczy jak z procy, cętkowany kolos z chlupotem, jakby trelinka do wody wpadła, opadł na powierzchnię. Wybuchł potężny gejzer wody. Znikł szczupak. Po sekundzie dowodem zajścia były tylko kręgi na wodzie, z każdą chwilą gasnące. Nastała długa cisza. Oniemiały, wciąż nie wierzący w to, co się stało Jarek stał z otwartymi ustami i wciąż patrzył w miejsce, gdzie skrył się kolos.
- O kurde, o w mordę! - wreszcie wystękał z rozpaczą w głosie - Widziałeś? Widziałeś?!
- Co najmniej metrówka - cicho odrzekł kolega - co najmniej.
- Ciągle nie mogę uwierzyć... - Jarek usiadł na trawie, drżącymi rękoma obmacał kieszenie kamizelki, czegoś szukając. Wreszcie z zawstydzonym uśmiechem dorzucił - zapomniałem, że rzuciłem palenie. A teraz bym zapalił. Oj, jakbym zapalił!
- To teraz ci się przyznam - Adam przysiadł obok - nie bardzo chciało mi się wierzyć w opowieści twojego dziadka, że nie dał tu rady kilku metrówkom. Teraz uwierzyłem. Piękne, przepiękne bydlę! Trudno dokładnie powiedzieć, bo widzieliśmy go przez dwie sekundy. Ale mam wrażenie, że mogło to być nawet metr dwadzieścia. Mogło, ale nie musiało - zastrzegł się.
- Dobra, zwijajmy się, jedźmy na to piwo - zrezygnowanym głosem odrzekł Jarek, podniósł się, sięgnął po wędkę, z zadumaną, podcieniowaną żałością miną zaczął zwijać plecionkę.

Bez pośpiechu, w zupełnym milczeniu, obaj wzięli się za przygotowanie do wymarszu. Uśpili obydwa szczupaki, spakowali do szczelnych toreb. Adam jeszcze na chwilę przysiadł, wyjął aparat, przez minutę zdawał się przeglądać zrobione zdjęcia. Nieznacznie, zagadkowo się przy tym uśmiechał. Wreszcie schował aparat, podniósł się, zebrał sprzęt. Powoli, w całkowitym milczeniu, ruszyli z powrotem. Jarek szedł przodem, wyraźnie nieskory do pogawędki. Wciąż przetrawiał to, co właśnie się stało. Spoceni, zdyszani, po półgodzinnej przeprawie przez gąszcz dotarli do samochodu. Wreszcie mogli ściągnąć wodery i kurtki, mokre od potu koszulki wystawić pod dobroczynne słońce i przyjemny, lekki wiaterek.
- Daj kluczyki, ja poprowadzę - rzekł Adam by zaraz się zaśmiać - bo ty po drodze tylko tego szczupaka będziesz widział, a nie znaki.
- A spadaj, złośliwcze jeden!
- Ja poprowadzę, a ty sobie po drodze pooglądasz - podał koledze aparat fotograficzny - Mam go, uchwyciłem.
- Co uchwyciłeś?
- Sam zobaczysz. Widzisz... czułem, byłem prawie pewien, że zrobi świecę, czekałem. Aparat ustawiłem na zdjęcia seryjne. Poszło kilka serii. Ostatnia była trafiona. Jest najpierw sam łeb wynurzający się z wody, jest najwyższy punkt świecy i moment upadku. A w ostatniej serii uchwyciłem twoją kocią mordę - zarechotał - Dawaj kluczyki, siadaj i przeglądaj. Ruszamy.

Jarek bezwiednie podał kluczyki, wziął aparat. Jakby po omacku, już ściskając aparat i szukając funkcji przeglądania, potulnie siadł na miejscu pasażera.
- Nie przejmuj się tak bardzo - Adam przerwał długą ciszę, gdy samochód już nabierał szybkości na asfalcie - Raczej nie miałeś szans.
- E tam, nie gadaj.
- Serio mówię. Za krótki dystans, nawet dziesięciu metrów nie było. Plecionka za sztywna, nie zamortyzowała. Na trzydziestu, może i na dwudziestu metrach, dałbyś radę. Albo i nie. Dostrzegłeś, że hak się rozgiął? Bo ja dostrzegłem. To efekt siłowego holu na krótkiej smyczy, w dodatku na plecionce. Ale inaczej się nie da. Jakby delikatniej, to nawet te mniejsze uciekałyby między pnie. Coś za coś.
- Myślisz, że to mógł być jeden z tych, które dziadkowi kiedyś uciekły?
- Dziadkowa struga - Adam z uśmiechem pokiwał głową - to i szczupak musiał być dziadkowy.
- Szkoda, cholera, szkoda... No trudno. Na szczęście fotki są, pamiątka zostanie. Wiesz? Jeszcze nie ochłonąłem. Zatrzymaj przy sklepie, wezmę coś do picia. Chyba należy mi się piwo, szybciej ochłonę - westchnął ciężko i znów skierował wzrok na wyświetlacz.

W swoim zaaferowaniu nie dostrzegł, że Adam kilka sekund wcześniej włączył kierunkowskaz i właśnie podjeżdża pod sklep.

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!