Drapieżny dzień...

Wozik77 2011-10-16 Wyprawy wędkarskie

...
Dobrze, że mam fotki, bo przynajmniej są namacalnym dowodem na to, że emocje tego dnia mi się nie przyśniły. Ale po kolei... Budzik wyrwał mnie z okruchów snu, lecz tym razem nie był dla mnie problemem. Nastawiłem się na ten dzień i nic nie było w stanie mi przeszkodzić. Nic, dopóki nie zerknąłem na termometr. Minus 2 st. Brrrrr... Chwila zwątpienia i... pakuję manatki.

Dziś już ubieram się na przysłowiową cebulę. Koszulka, sweter, bluza i ciepła kurtka. Do plecaka lądują grube skarpetki, czapka i rękawiczki, zaś do woderów dodatkowe wełniane wkładki. Robię kilka kanapek, a termos napełniam gorącym czerwonym barszczem.

Tym razem odpuszczam „rodzimy fragment rzeki”, który ostatnio nie był dla mnie zbyt łaskawy. Wsiadam w samochód. Pół godziny jazdy, podczas której niebo najpierw szarzeje, a następnie zachodzi czerwoną poświatą wschodzącego słońca. Termometr pokazuje jednak 2 stopnie na plusie, więc może nie zamarznę. Brak wiatru powoduje we mnie umiarkowany optymizm. Będzie dobrze, wyjdzie słoneczko i zapowiadana aura na dzień dzisiejszy sprawdzi się co do joty.

Na miejscu jestem kwadrans po świcie. Gaszę silnik. Ostre powietrze gładzi poliki. To lubię właśnie o tej porze roku. Warunki pogodowe wyganiają znad wody „wygodnickich”, a na polu boju pozostają tylko najzagorzalsi traperzy. Często zadaję sobie pytanie, dlaczego gnam tak rano? Przecież o tej porze roku aktywność drapieżników jest z reguły przez większość dnia. Chwilę potem mam odpowiedź na swoje pytanie. Nad rzeką pusto. Gdzieś w oddali przemyka sarenka, ale poza tym kompletna cisza.

Patrzę na wodę. Jest krystalicznie czysta, z resztkami obumierających roślin. Płynie sobie dostojnie i spokojnie. Jeszcze łyk barszczu i moje "siedmio-milowe" wodery niosą mnie po mokrej łące do pierwszego dość szerokiego zakola.

Woda niska, bardzoooo niska. Troszkę mnie to martwi, ale staram się o tym nie myśleć. Na agrafkę ląduje tak szczęśliwy ostatnio żółty twister ze znacznie lżejszą niż zazwyczaj główką. Jego ogonek kilka sekund później zgrabnie faluje w wodzie.

Nie zdążyłem na dobre rozejrzeć się wokoło siebie, by nacieszyć oczy budzącym się październikowym dniem, kiedy to w trzecim rzucie mam delikatne puknięcie. Nie jestem nawet pewien, czy to ryba czy też jakaś obumarła łodyga. Wykonuję zacięcie, a szczytówka od razu sygnalizuje drapieżnika. Z początku słabe szarpnięcia sugerują mi małą sztukę i przez chwile myślę nawet, że może to ciut większy okoń? Przeciwnik płynie w moim kierunku, więc muszę się spieszyć ze zwijaniem. Gdy ryba jest w połowie dystansu w końcu pokazuje, na co ją stać. Idzie dołem, co i raz odjeżdżając na hamulcu. Wiem już, że to mój tegoroczny rekord, i cieszy mnie fakt, że hamulec – o którym zapomniałem – jest wyregulowany po ostatnim mocnym dokręceniu na zaczepie. Dwa razy mam zbója blisko nóg, jednak odjeżdża z pełnym impetem nawet się nie pokazując. Wiem, że to szczupak – znam te odjazdy. Chwilę później udaje mi się jednak wyślizgnąć go na przybrzeżne trawy i chwycić za kark. Jest spory i do tego grubaśny. Zapięty w samym kąciku, jednak dość pewnie i mocno. Ubarwienie ryby jest raczej blade, ale to może wynik tej przezroczystej wody i wszędobylskiego piasku. Nic to – takich emocji – choć zawsze się na nie czeka - nie mogłem przewidzieć jeszcze rankiem. Cieszę się bardzo i sięgam po aparat. Pstryk – niestety. Niby się włącza, ale na ekraniku ciemność. Drugi raz – to samo. Klnę pod nosem. Miałem naładować baterie, a te pewnie są za słabe. Próbuję ponownie – nic z tego. Do tego ta klapka podtrzymująca akumulatorki. Jakiś czas temu wyłamał mi się w niej zatrzask i od tamtej pory aparat musi mieć dużo chęci, aby w ogóle kontaktować. Pozostaje komórka. Na szczęście ma samowyzwalacz i trzęsącymi się rękoma ustawiam ją na plecaku. Jedno, drugie zdjęcie i mogę już Go wypuścić.

Woda zimna, ale przytrzymuję szczupaka w niej kilka sekund. Macha mi ogonem pozostawiając wielce szczęśliwego na brzegu.

Dłonie mam trochę zgrabiałe z zimna. Wycieram je o spodnie. Uśmiecham się sam do siebie. To był faktycznie 3 rzut. Kocham to wędkarstwo!!! Wysyłam mms-a bratu i przemieszczam się 30 metrów dalej.

Systematycznie obławiam meander i rozmyślam nad niedawnym holem. Przeżywam go jeszcze raz i śmieję się.

- Nic już dziś złowić nie muszę – gadam do siebie.

Gdy kończę to zdanie znowu delikatne przytrzymanie. Szybka reakcja i znów mam rybę!!! Opór mniejszy, ale od razu wiem, że i tym razem ryba nie jest taka mała. Sytuacja niemal powtarza się. Znów szczupak prze naprzód, by pod koniec drogi pochodzić na boki. W końcowej fazie strasznie macha łbem, więc popuszczam hamulec by trochę odszedł głębiej i się uspokoił. Tak się dzieje. Całe szczęście, że dziś nie są zbyt skłonne do wyskakiwania nad wodę. Chwilę później mam go na brzegu. Znów w ruch idzie „komórka”, choć wychodzące zza drzew słońce utrudnia mi dobry kadr. Nic to. Coś tam pstryknąłem, więc możesz wracać.


Ale mam farta – mówię do siebie. W głowie cieszę się ogromnie. Kilkanaście minut wcześniej całkiem fajny „okaz”, a teraz do tego młodszy waleczny „60-„. Jestem spełniony.

Posyłam przynętę pod drugi brzeg i rozpoczynam skręcanie. Za którymś rzutem - w połowie drogi - łup. Przedramię reaguje instynktownie i znowu zabawa zaczyna się od nowa. Ten też idzie dołem, więc od razu wiem, z kim mam do czynienia. Tym razem hol jest prostszy, choć szczupak jest tylko 3 centymetry mniejszy od poprzednika. Uwieczniam ten szczęśliwy dzień na fotce i już na gorąco nazywam go „drapieżnym dniem” .


Nie wierzę, że dziś to mnie spotkało. Przecież patrząc za okno przeszło mi przez myśl, żeby odpuścić. Ładny komplet w niecałą godzinę. Czego chcieć więcej?

Miejsce to kwadrans później obdarowuje mnie jeszcze okoniem.

Kiedy kieruję się w stronę kolejnego meandru spotykam miejscowego. Łowi na żywca. Pytam o wyniki. Odpowiada mi, że dopiero co przyszedł, ale że 3 tyg temu złowił ładnego. Ważył równiutko 2,4 kg. Wyczuwam, że o C&R raczej tu nie pogadam.

- A Pan jak? – zapytuje mnie nieznajomy.

- Nic, nawet puknięcia – odpowiadam. Niska ta woda i ryba zeszła gdzieś niżej – dodaję z nadzieją, że Pan Bócek jakoś wybaczy mi te kłamstewka.

- No fakt, może to być – odrzeka – nie ma co za długo siedzieć, bo pewnie i ja tu z podobnym rezultatem zakończę.

Nie wyprowadzam go z toku rozumowania, co do dzisiejszego żerowania szczupaków i kieruję się do kolejnej obiecującej prostki.

Małe spowolnienie po mojej stronie zdaje się być wielce obiecujące. Odpoczywam zajadając kanapki. Rozmyślam nad dzisiejszym dniem i przypominam sobie, że niemal równo rok temu zdarzyło mi się coś podobnego. Tym razem jednak ryby są większe, a dawka wędkarskiej adrenaliny choć podobna to znacznie mocniejsza. Czyżby to pierwsze przymrozki tak działają na instynkt szczupaków?

Poranne słonko chowa się za chmury, ale na szczęście pojawiający się wiatr nie jest zbyt silny. Znów przynęta do wody. Prowadzę ją powoli, a gdy twister jest już w zasięgu wzroku spod burty wyskakuje podrostek. Szamoczącego się unoszę na kiju, co nie uchodzi uwadze miejscowego.

- Okoń??? – krzyczy.
- Mały szczupak – odpowiadam.

Rybka chwilę później odpływa, a ja ponownie posyłam wabik w meander rzeki. Kilka obrotów korbką i gdzieś w oddali targnięcie. Siedzi!

Od razu rusza pod prąd rozpoczynając rozmowę z hamulcem. Nie daję mu pójść tam gdzie chce, ponieważ w okolicy jest zatopiona gałąź. Podnoszę zdecydowanie kij do góry osiągając efekt odwrotu. Ryba jednak idzie do góry i na powierzchni wody przewraca się kilkukrotnie. Tu hol jest już siłowy. Podkręcam hamulec i podciągam ją bliżej nóg. Już wiem, że to kolejny okaz tej jesieni. Przez moment mam obawę czy w tej przepychance nie przegram, jednak szczęście mi dziś sprzyja po stokroć. Podciągam rybę pod brzeg i sięgam ręką. Niestety muszę ją wyjąć w dość widzialny sposób, co martwi mnie nieco mając za sobą miejscowego.

Szczupak jest gruby. Wyhaczam go, co nie jest trudne, bo zapięty jest za sam brzeżek pyska.
W tym momencie szczęśliwego dnia jest ciąg dalszy. Spostrzegam, że żywcówka „jegomościa” stoi osamotniona, a on sam poszedł gdzieś niżej w celu lustracji ewentualnych miejsc. Szybko ustawiam pięcio-sekundowy samowyzwalacz i mam kolejną pamiątkę. Nim miejscowy wraca ryba już dawno (i niepostrzeżenie) pływa w swoim królestwie



Kolejna godzina przynosi mi jeszcze niewymiarka i jedno nie zapięte branie. Pomału plecy dają znać o sobie. Ból dolnej części kręgosłupa staje się nie do zniesienia. To moja wędkarska przypadłość, nasilająca się w końcowej części sezonu. Niestety tak to już jest, kiedy codzienny siedzący tryb życia zderza się z kilku-godzinnymi nadrzecznymi wędrówkami.

Wracając do samochodu mam okazję podziwiać jeszcze widowiskowy atak drapieżnego ptaka, który lotem błyskawicy spada na rzeczną płyciznę, skąd zabiera całkiem fajną rybkę.

Na koniec wymieniam z miejscowym kilka zdań o dzisiejszym „beznadziejnym” wędkarsko dniu i zasiadam w wygodnym samochodowym fotelu. Ulga dla pleców, a dla mnie fotki w komórce (jak się okazało baterie były w porządku, a aparat jedynie był przełączony z live view na wizjer). Przeglądam zdjęcia jedno po drugim, Cieszą mnie ogromnie! Taki dzień nie zdarza się często. Złowić dwie dość okazałe ryby jednego dnia i okrasić to jeszcze dwoma przyzwoitymi i nie naciąganymi wcale średniakami, to już jak dla mnie pełnia wędkarskiego szczęścia !!!!

To był naprawdę „drapieżny dzień”!

A wodom cześć !

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (20)

Paweł, 2011-10-16 19:19:56
Piotruś, co za Dzień:hura: Co za Emocje:hejka: Co za Ryby :oklasky::oklasky: Jednak masz dar do tych Szczupaków:hura: Brawo:oklasky:
Wozik77, 2011-10-16 19:23:22
...i czasem sam się sobie dziwię :boisie: :D:D. Powinienem być skromny ale powiem Ci Pawełku - dawno nie miałem takiej radochy :hura::hura::hura:
moczykij, 2011-10-16 19:31:53
Faktycznie „drapieżny dzień” . Gratuluję udanej wyprawy , a jak się czyta to chyba wiadomo :D
waldi-54, 2011-10-16 19:44:40
Brawo Piotr, piękny drapieżny dzionek.:oklasky::oklasky::oklasky: Gratuluję szczupaków i pięknego, lekkiego pióra.:okok: pozdrawiam waldi-54:papa2:
colednik, 2011-10-16 19:52:21
:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::P
Kaz, 2011-10-16 20:05:49
Brawo Piotruś brawo- kurcze tak sobie pomyślałem a może i mnie się przytrafi taki dzień.:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
adam-z82, 2011-10-16 20:44:30
Piotr@ Mistrzostwo:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Piękne ZBÓJE:muza:
Bizonik, 2011-10-16 21:03:42
Poszalałeś Piotrze super dzień dziś mialeś
morouk, 2011-10-16 22:10:07
Przyznaję, że czekałem na taką relację Dziś jeszcze mam w pamięci sms-a sprzed roku, w którym informowałeś mnie o kilkunastu szczupakach z niewielkiej mazowieckiej rzeczki ( ;) ). Wiedziałem, że tej jesieni tradycyjnie znowu przyjdzie dla Ciebie Szczupaczy dzień Lubi Cię ta Rzeka Pozdrowienia
smerfik, 2011-10-16 23:45:09
Miło się czytało !!
andrew, 2011-10-17 03:41:13
Szczupak lubi te pierwsze przymrozki. Jak to mówi Galieni musi dostać mrozem po zębach żeby zacząć gryzc. Piękna przygoda Piotrek :oklaski:
przem, 2011-10-17 09:11:41
Wozik77 gratuluję udanego dnia, taki połów to w naszych przetrzebionych wodach godny wynik, którym warto się pochwalić :-) A jak jeszcze czytam że wszystkie ryby z powrotem pływają to aż chce się widzieć takich wędkarzy nad wodą!!!
Bogdan, 2011-10-17 09:14:58
Dla takiego dnia -właściwie poranka-warto chodzić miesiącami"bez kontaktu". Brawo Wozik fajna relacja wspaniałe ryby :cwaniak::cwaniak:
ela, 2011-10-17 09:27:13
Gratuluje super poranka , pieknych rybek :oklasky: :oklasky: :oklasky: Bardzo ładne fotki :aparat: Jak zawsze miło się czyta relacje z Twoich wypraw ;) Pozdrawiam
gusto, 2011-10-17 10:05:42
Pogratulować Piotrze pięknego dzionka i przeżyć :oklasky::oklasky::oklasky::okok:
Mariano, 2011-10-17 16:41:37
Jeszcze raz gratuluje pieknej przygody.Super się czyta taka relacje w której czuc niesamowite emocje i radośc wędkarza.To sa piekne chwile które długo sie wspomina:okok::oklasky::oklasky: Licze,że to dopiero początek Twoich sukcesów;)
Wozik77, 2011-10-17 20:28:25
Dzięki wszystkim za miłe słowa :kwadr:. Życzę, aby i Wam przydażył się taki Drapieżny Dzień :okok: Zapewniam Was, że czas spędzony nad daną wodą w końcu zaprocentuje ze zdwojoną siłą, a kilometry wędrówek dadzą w końcu to wewnętrzne przeświadczenie (niemal pewność) i odpowiedź na pytania - gdzie, kiedy i na co.
spining, 2011-10-18 07:33:31
:oklasky::oklasky::oklasky:
spining, 2011-10-18 07:34:18
:oklasky::oklasky::oklasky:
bysior, 2011-10-28 19:53:50
Piotruś prawdziwy drapieżny dzień, opisany jak zwykle świetnym piórem :D Gratuluję Ci tego wędkarskiego dnia i trochę zazdroszczę ;) I tak jak powiedział Paweł - masz rękę do tych cętkowanych kaczodziobów! :oklasky: A przygoda z aparatem przednia ;)