Dłubanie w gąszczu

Bombel 2010-08-04 Metody i triki

...
Majowych szczupaków, nawet mimo długo utrzymujących się, wysokich temperatur, raczej nie szukam na ich letnich, rzecznych stanowiskach. Odpuszczam więc opaski, strome, najeżone korzeniami burty, głębokie przybrzeżne rynny i im podobne łowiska ze zdecydowanym uciągiem. Wolę klatki między główkami, płytkie zatoki ze spowolnionym nurtem bądź prądami wstecznymi i wszelkie inne, niezbyt głębokie odcinki i zakamarki. A już ze szczególną estymą odnoszę się do starorzeczy, rozlewisk i wszelkiej maści kanałów utworzonych po spiętrzeniu rzek. W początkach maja sprawa jest prosta - grążele i inne rośliny dopiero odbijają od dna, więc między nimi a lustrem wody zostaje nawet i metr wolnej przestrzeni. Nie trzeba specjalnej wprawy, by poprowadzić tamtędy dowolną przynętę. Drapieżniki, zwykle przyczajone w gąszczu, dość chętnie podejmują ataki. Gorzej, gdy zacięta ryba zdąży zrobić zwrot i zanurkować między liście. Jednak dzięki wiosennej kruchości roślin, zazwyczaj daje się ją stamtąd wyciągnąć.

Później, gdy niemal cała powierzchnia płycizn jest mocno porośnięta, takie łowiska stają się już bardzo trudnym wyzwaniem. A jednak je lubię. Przede wszystkim dlatego, że rzadko który wędkarz, poza łowcami linów, chce tam zaglądać. Lecz i dlatego, że bywają znakomitą alternatywą dla poddanych dużej presji, niemal stale okupowanych, typowych miejsc polowania na drapieżniki. Na zarośnięte, niekiedy zamulone płycizny mało kto zagląda.

W gąszczu kapelonów zawsze da się znaleźć szerokie na pół, a długie na kilka metrów paski czystej wody. Przy czym wolna jest tylko warstwa przypowierzchniowa, bo tuż pod nią zwykle znajduje się plątanina łodyg, dodatkowo urozmaicona moczarką, wywłócznikiem czy innymi roślinami. Wymaga to od wędkarza wielkiej precyzji w podawaniu przynęty i jej prowadzeniu. Do tego skoncentrowanie uwagi, także spore doświadczenie w umiejętności przewidywania, w którym dokładnie miejscu i na jakiej głębokości jest wabik i co się z nim dzieje. Kolejny warunek to pewna skłonność do ryzyka. W tak gęstym, podwodnym gąszczu brodzenie wymaga największej ostrożności i skupienia. Każdy krok, każdy gwałtowny a nie do końca przemyślany ruch, grożą utratą równowagi i oczywiście kąpielą.

Należy też pamiętać, że dno nie jest zbyt równe, więc zwykle trafia się na sporo niewielkich przebięgłeń o 10 - 15 cm czy fragmenty mulistego, grząskiego dna, gdzie nogi błyskawicznie zapadają się powyżej kostek. A potem sporo uwagi i wysiłku trzeba, by je stamtąd wydostać. Nieodzowne stają się więc spodniobuty. Szczególnie, że na bardziej rozległych grążelowiskach w woderach zwykle nie da się dojść w pobliże ich skraju czy do bardziej obiecujących oczek między roślinnością. Jak choćby na Gnojnie z czasów, gdy w maju wolno było tam łowić. Bądź na Zalewie Zegrzyńskim, gdzie trzeba wyjść poza skraj roślinności wynurzonej. Ale i tak w większości znanych mi miejsc nieodzowny staje się środek pływający. Na rozlewiskach czy w kanałach między wysepkami w Łubienicy, w Karniewku czy Pogorzelcu nie da rady w inny sposób dotrzeć do najbardziej obiecujących miejsc.

Solidny sprzęt i precyzja...

...są podstawą sukcesu. Linka o wytrzymałości co najmniej 5 kg i sztywny, krótki (do 2,4 m) kij z c.w. do 30 g lub więcej. Przy czym kij musi umożliwiać wykonywanie rzutów idealnie trafiających w wybrany punkt. Oczywiście równie ważne są umiejętności wędkarza. Pamiętać należy, że kilkunastocentymetrowy błąd w podaniu czy prowadzeniu owocować będzie zahaczeniem rośliny. A każde zmaganie się z uwolnieniem zestawu skutkuje "spaleniem" miejsca.

Bardzo skuteczne okazuje się podanie wabika na liść, ściągnięcie go stamtąd po dwóch sekundach i pozwolenie, by zagłębił się pionowo o pół metra. Szczupaki i okonie (to głównie one zamieszkują podwodne dżungle) bardzo agresywnie reagują na takie niespodzianki nawet wówczas, gdy są najedzone aż po przełyki. Delikatne pacnięcie nad głową i lekkie poruszenie liścia wywołują nagłe zainteresowanie. I natychmiastowy, instynktowny atak na to "coś" spadające z liścia. Trzeba się liczyć z koniecznością błyskawicznego, mocnego zacięcia i zdecydowanym, wręcz siłowym holem. Rybę należy dosłownie wyrwać z wody. Jeśli się jej uda uciec w gąszcz, to w większości przypadków uwolni się. Jeśli linka zbyt słaba, to nawet i z przynętą.

Stawiam na wirówki

Skrzydełko typu aglia lub comet, by powodowało silną falę hydroakustyczną. Numery nr 2 i 3, o masie 4 - 6 g. Mniejszymi, więc lżejszymi blaszkami, trudniej jest trafiać w punkt, zaś cięższe zbyt szybko toną, grzęznąc w gąszczu. Absolutną koniecznością jest to, by paletka startowała natychmiast, już po pierwszym szarpnięciu szczytówką. Szczególnego znaczenia nabiera to wówczas, gdy zastosujemy jedną z elementarnych sztuczek przy prowadzeniu, czyli nieregularne podszarpywanie blaszki w czasie jej ściągania. Co ciekawe - takie kilkucentymetrowe "skoki" spełniają, oczywiście oprócz prowokowania drapieżników, jeszcze jedną, ogromnie przydatną rolę. Otóż "zgaszenie" na ułamek sekundy wirowania paletki i natychmiastowe, ponowne wprowadzenie jej w ruch sprawia, że ta zaczyna się kręcić w drugą stronę.

Gorzej mi się sprawdziły płytko schodzące woblery, nawet te o agresywnej akcji. Równie mało efektywne okazały się gumki na odpowiednio lekkich główkach. Być może przyczyna w tym, że konieczne jest wywołanie silnej fali hydroakustycznej. Schowane w gąszczu drapieżniki zwykle nie widzą celu. Obecność, lokalizację, kurs i prędkość potencjalnego obiektu ataku rejestrują za pomocą drgań odbieranych przez receptory rozmieszczone na linii bocznej. Więc mniej "gotujące" wodę przynęty, być może, nie wzbudzają u drapieżników zainteresowania na tyle dużego, by wyciągnąć je z kryjówek? A może drapieżniki podejmują atak lecz nie trafiają, zaś my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy?

Podczas łowienia w gąszczu roślin dość często zobaczymy potężny gejzer wody, tysięcznymi kroplami i potężnym chlupnięciem wybuchający tuż obok przynęty. To znak, że drapieżca o włos rozminął się z kawałkiem metalu czy drewna, pozostawiając wędkarza z potężnym zastrzykiem adrenaliny i drżącymi rękoma. Znacznie rzadziej się zdarza, iż po gwałtownym kopnięciu w kij nastąpi równie gwałtowny luz. I zaraz szok: przynęta obcięta wraz z przyponem! Ależ bydlę musiało wziąć! A figa! Mógł być niewymiarek, który źle skalkulował parametry ataku, więc wziął zbyt duże wyprzedzenie. W efekcie trafił w żyłkę przed wolframką. Zaś nieświadom tego wędkarz, karmiąc się chwilowym, gwałtownym doznaniem, a też i nadzieją zrodzoną li tylko w bujnej, spragnionej mocnych wrażeń wyobraźni, całymi latami będzie potem wspominał kolosa, który "musiał mieć" przynajmniej z metr. Bo przecież mniejszy nie da rady zassać przynęty razem z trzydziestocentymetrowym przyponem...

Jednak pozostaje faktem, że znakomita większość brań jest bardzo mocna, zdecydowana. Nawet malce po trzydzieści centymetrów potrafią "kopnąć" w kij co najmniej jak agresywna, mocno wygłodniała "kilówka". Są to uderzenia na tyle mocne, że - szczególnie przy łowieniu sztywnym kijem - praktycznie następuje samozacięcie. Nawet niewielkie szczupaki, takie około kilogramowe, zasysają przynętę aż do przełyku. Dlatego koniecznością jest posiadanie ze sobą przyrządu, który umożliwi nam bezproblemowe wyjęcie mocno wbitej, głęboko tkwiącej kotwiczki.

Kiedy?

W dni pogodne i ciepłe, nawet w czasie upałów, najlepiej po południu, aż do zachodu. Rzecz w tym, że szczupaki lubią się "opalać" w płytkiej, nagrzanej, spokojnej, prześwietlonej wodzie. Znacznie rzadziej znajdowałem je wśród grążeli wcześnie rano lub przed południem. Wówczas efektywniej było obławiać skraj gąszczu, na nieco głębszej wodzie. Podobnie podczas dużego zachmurzenia i przy mocno sfalowanej powierzchni. Szczupaki wówczas się nie opalają, schodzą na dno. Zresztą falowanie spowodowane jest zwykle przez wiatr. A ten bardzo utrudnia, niekiedy wręcz uniemożliwia precyzyjne podawanie i prowadzenie przynęty. W takich warunkach

Gdy podmuchy unoszą brzegi liści, praktycznie niemożliwe staje się konieczne w takich miejscach idealnie dokładne trafianie przynętą w punkt odległy choćby o 7 - 10 m. A nawet gdy się ta sztuka uda, to nawet w najlepszych polaroidach nie da się obserwować prowadzonej przynęty. Co w sytuacji, gdy trzeba ją bezkolizyjnie przeciągać między liśćmi oddalonymi od siebie o 20 - 30 cm, nad pojedynczymi łodygami czy prowadzić zygzakiem, nieuchronnie skutkować będzie bardzo licznymi zaczepami. A to z kolei bardzo szybko prowadzi do przepłoszenia wszystkich ryb z okolicy.

Olbrzymów nie będzie.

Niestety, buszowanie w szuwarach łączy się z łowieniem ryb niewielkich. Na dwie - trzy zacięte, zwykle tylko jedna przekracza wymiar ochronny. Ale trafiają się ryby i trzy - czterokilogramowe.
Drugą sprawą jest moc sprzętu i umiejętności wędkarza. Ze wstydem przyznaję, że tylko w ub.r. straciłem kilka poważnych "szczupłych" po ok. 70 - 80 cm. Nawet mimo dość solidnego zestawu nie udawało mi się powstrzymać ich przed ucieczką w gąszcz. Zanim się dobrnie, brodząc czy pływając, do miejsca zaplątania, ryba zdąży się uwolnić. Szczególnie wtedy, gdy zaatakuje wirówki nr 2 czy 1, siłą rzeczy uzbrojone w niewielkie kotwiczki o cienkich ramionach. Te albo się rozegną, albo - w przypadku hartowanych - pękną. Po tym wszystkim, poza emocjami, pozostaje w nas żal do samych siebie nie tylko za straconą rybę, ale i za to, że uciekła z poharatanym pyskiem. Pamiętajmy więc, że finał zależy niemal wyłącznie od nas. Więc i o tym, że na małe przynęty (nr 1 czy nawet 0) brań będzie być może nawet więcej, ale wraz ze zmniejszaniem rozmiaru wabików zmniejszają się szanse na skuteczny hol.

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!