Batalionowe Flamenco, czyli nie tylko ryby

Wozik77 2013-05-11 Opowiadania

...
Pertraktacje z Żoną trwały już dłuższy czas. Koniec końców zgoda na samotny 3 dniowy wyjazd kosztowała mnie piramidę ciuchów do wyprasowania, bluzkę i parę szpilek zakupionych w galerii handlowej. W międzyczasie byłem w ścisłym kontakcie z Kolegami z forum, którzy to na bieżąco informowali mnie o stanie wody. Planowany wypad na przełomie marca i kwietnia pokrzyżowała zima, jednak i teraz wysoka woda zdawała się nie mieć końca.

Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, postanowiłem jednak nie zmieniać wcześniej ustalonego terminu wyjazdu. Szalę przechyliła oczywiście „bankowa” pogoda, jaką sobie załatwiłem na ten czas już wcześniej.

- To tylko trzy dni – pomyślałem, gdy nastawiałem budzik na 3.00 rano. Bez wahania i najmniejszych wątpliwości postanowiłem, że aby maksymalnie efektywnie wykorzystać czas muszę tam być już o świcie.

Tak też się stało. Obwodnica Zambrowa, miło przyspieszyła mi czas podróży, który - bywało wcześniej - nieco spowalniał się w tym miejscu. Tym razem już po 1,5 godzinie jazdy spod domu byłem tam, gdzie czas płynie wolniej.

Pierwszy poranny postój - „Bagno Wizna”, które przywitało mnie rześkim porankiem, brakiem komarów (huraaaa!!!), ale i widokiem, którego mimo sygnalizacji Kolegów liczyłem, że nie zastanę. Woda po horyzont powodowała obawę, czy w swojej traperskiej wędrówce dotrę we wszystkie miejsca, jakie chciałem odwiedzić.

Z tej rozterki wyrwał mnie już po chwili wypatrzony w lornetce spory ciemny kształt. Wyostrzyłem wzrok i uśmiech od razu sam pojawił się na buzi. Tak. Przypomniałem sobie od razu, czemu tak kocham tu przyjeżdżać. Każda wizyta kończy się niebanalnym spotkaniem z przyrodą, czego przedsmak miałem właśnie w wizjerze lornetki.

Z każdą godziną zmieniałem miejsca na postój, delektując się widokami.



Na każdym kroku widać było lekkie opóźnienie w postępach wiosennych na Podlasiu względem Polski środkowej czy zachodniej. Nie mniej jednak i tu z każdym dniem piękna, soczysta, majowa zieleń przemieniała szarzyznę późnego przedwiośnia.


Zieleń ta przenikała się z żółtymi polami kaczeńców, tak charakterystycznymi w Biebrzańskiej dolinie.

Martwa natura też potrafiła spowodować szybsze bicie serca. To coś jakby nostalgia i tęsknota za obrazami wyrytymi gdzieś głęboko pod powieką wczesnych lat dzieciństwa.



Po wizycie w wiejskim sklepie, miłej rozmowie ze sprzedawcą oraz zakupieniu śniadania w postaci wiejskiej kiełbasy i chleba - smakujących jednak jakby inaczej, zasiadłem na łące rozkoszując się pięknem okolicy.

Kątem oka dostrzegłem skrzydlatych mieszkańców, tak godnie reprezentujących tutejsze środowisko nadbrzeżne. Od razu zabrałem się do „pracy”, a raczej oddałem przyjemności podglądania ich poczynań.

Dość szybko przekonałem się, że aby uchwycić to piękno, dla którego i ja tutaj przybyłem, muszę wykazać się dużą dozą cierpliwości.
Ptasie towarzystwo przysiadało na zalanej polnej drodze, jednakże, gdy tylko zbliżałem się do nich na odległość umożliwiającą celny strzał migawką, podrywało się do góry i ze świergotem odlatywało do następnej kałuży. Nie pomagało skradanie się czy też podczołgiwanie. Nie pomagała także próba wykorzystania naturalnych przeszkód terenowych. Coraz częściej myślałem, że moje poczynania spełzną i tym razem na niczym, i że będę musiał poważniej pomyśleć o sztuce kamuflażu, tak szeroko stosowanej w fotografii przyrodniczej. Pojedyncze ujęcia, choć ciekawe to jednak nie zaspokajały mojej ambicji.

Ponownie zmieniłem miejsce na „biebrzański klasyk”, jednak tu rzeka postawiła mi poprzeczkę znacznie wyżej. Rok temu Biebrza pokonała mnie w tym miejscu i w dotarciu do wieży obserwacyjnej nie pomogły nawet kalosze. Tym razem miało być inaczej. Wodery miały być przepustką do pięknych plenerów i krajobrazów. Trudne uwarunkowania terenu spowodowane wysoką tegoroczną wodą sprawiły, iż na szlaku byłem sam. Jakoś mnie to nie zdziwiło, a ptasi gwar wydobywający się przydrożnych łąk, spotęgowany dodatkowo rechotem żab i kumkaniem kumaków, jeszcze bardziej zachęcał mnie do kilkukilometrowej wędrówki.

Stamtąd przyszedłem…

… a gdzieś tam chciałem dotrzeć


I gdy byłem 200-300 metrów od wieży widokowej Biebrza postanowiła, że i tym razem mnie pokona. Niewiele jej zabrakło – tak gdzieś centymetra do przelania się przez wodery, jednakże kilkukrotne próby podejścia środkiem, z prawej i z lewej strony drogi, zwieńczone zostały sukcesem.

W końcu mogłem podziwiać kolejną szeroką perspektywę. Moje płuca jakby inaczej oddychały, a serce jakby spokojniej biło. Delektowałem się samotnością pośród Biebrzańskiej przyrody.


Udało się dostrzec pierwsze łosie, ale te były dość daleko.


W końcu żołądek dopomniał się o coś konkretnego, więc postanowiłem dotrzeć na kwaterę, gdzie po obiedzie zamierzałem ruszyć na okoliczny szlak.



Tak też się stało. „Zainstalowałem” się w pokoju, spałaszowałem smaczny obiad i po 17.00 znów byłem w terenie. Wszak wyjazd ten miał stać pod znakiem aktywnego wypoczynku, o czym starałem się nie zapomnieć ani przez chwilę.

Po drodze na platformę widokową mijałem ciekawe różnorakie siedliska bagienne.




Na platformie pozostałem prawie do wieczora wsłuchując się w odgłosy takich ptaków jak derkacz, bekas, bąk czy żuraw.

W drodze powrotnej spotkanie z kolejnym osobnikiem. Tym razem już bliżej, choć łoś nie chciał pokazać swojej sympatycznej mordki.



Kolejny był już bardziej ciekawski i wychylił się zza krzaka. Nie był ostatnim, bo takich jak one przez te 3 dni widziałem 29.

Wieczór minął mi na zajadaniu chleba ze smalcem, domowego pasztetu z żurawiną oraz delektowaniu się chłodną łomżą, wsłuchując się w rechot tysięcy żab. Ten ostatni walor nie uszedł uwadze ekipie „Dzikiej Polski”, która tu właśnie kręciła kolejny odcinek jakże ciekawych spotkań z rodzimą przyrodą.

Kolejny świt przywitałem na Biebrzańskim szlaku. Dzień ten od rana zapowiadał się upalnie. Po śniadaniu postanowiłem zwiedzić środkowy basen doliny Biebrzy, tak więc wsiadłem w samochód i ruszyłem w okolice Wrocenia i Dolistowa.




Co do samego Dolistowa to miałem obawy czy uda mi się przemierzyć szutrówkę do Jasionowa/Kopytkowa, gdyż moje źródła doniosły mi, że jeszcze kilka dni temu droga ta była pod biebrzańską wodą. Kilka dni jednak zrobiło swoje i droga, mimo iż suto przyodziana w kałuże, była jednak przejezdną. Te kałuże – jak się okazało – były moim kluczem do sukcesu, gdyż świadczyły o tym, że woda właśnie zdążyła opaść, a podmokłe łąki tuż obok drogi były eldoradem dla ptaków. Tym razem wystarczyło nie wysiadać z samochodu by móc uwiecznić ptaki, dla których tym razem tu przyjechałem. Odcinek 2 kilometrów przymierzyłem tego dnia kilkukrotnie tam i z powrotem. Co chwilę podjeżdżałem kilka metrów, wyłączałem silnik i pstrykałem na przemian przykładając do oczu lornetkę. To nic, że tyłek mi zdrętwiał. To nic, że pot ciekł ze mnie, bo było bez mała 30 stopni w cieniu, a ja siedziałem w aucie wystawionym na prażące słońce. Nic to także, że po tym jak się zakopałem na poboczu, próba wydostania się z pułapki skończyła się ufajdaniem auta błotem łącznie z dachem. To nic, że urwałem listwę od zderzaka i że podarłem portki o kolczasty drut, gdy próbowałem podejść jeszcze bliżej. Było warto. Miałem okazje podpatrywać bataliony z bardzo bliska, czasem z kilku metrów. Przyglądać się ich żerowaniu i godowym zachowaniom. Adoracjom samic i walkom z innymi samcami nie było końca. Wyglądało to niczym hiszpańskie Flamenco, jak taniec przepełniony ekspresją, która w tym przypadku miała na celu przekonanie do siebie samicy. Ech. Ten dzień, w którym do niczego mi się nie spieszyło, gdzie nic nie musiałem spędziłem na Dolistowskiej drodze i odpocząłem psychicznie, jak już dawno mi się to nie udało.

A Bataliony? Popatrzcie sami.











































Na koniec pięknego dnia zapozował jegomość bóbr.

Ostatni dzień znów stał pod znakiem pięknych widoków oraz ciekawych spotkań z przyrodą




Pozostało mi żegnać się z Biebrzańską krainą. Rzut oka na dolinę z Góry Strąkowej


Gdy już wyjeżdżałem na asfaltową drogę w stronę Warszawy z przydrożnych krzaków wyskoczył koziołek. Jego mina była nad wyraz wymowna. Tak jakby chciał powiedzieć – I tak figę widziałeś, więc na pewno niebawem tu wrócisz po nowe wrażenia.

Pewnie ma rację …

PS. A ryby??? O tym napiszę przy innej okazji, bo to zupełnie inna historia …

Wozik77

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (9)

Paweł, 2013-05-12 17:49:07
Piotruś, czytając tekst, a zwłaszcza oglądając zdjęcia, w ogóle nie pomyślałem o rybach, dopiero Ty sam pod koniec przypomniałeś mi, że one istnieją również. Pewnie coś tam sobie porzucałeś spinningiem, ale… Ale od razu widać, że nie to było Twoim głównym celem;) Zazdroszczę cudownego spotkania z przyrodą, możliwości pooglądania i fotografowania zwierzątek i pięknych plenerów Zazdroszczę klimatu tego wyjazdu. Sam na sam z przyrodą, ciszą, czy też krzykiem ptaków Zazdroszczę też tej „niespieszności” choć wiem jak gorączkowo człowiek stara się chłonąć te piękne widoki, jak niecierpliwie spogląda w prawo i w lewo mając nadzieję na kolejny piękny widok, kolejnego skrzydlatego lub czworonożnego pięknisia…:hura: Piotruś, cudo artykuł, niewielu potrafiłoby na portalu wędkarskim tak sugestywnie opisać i zobrazować inną pasję niż właśnie wędkarską… :kwiatek::muza::hura: No i widzę, że „lufa” do aparatu spełniła pokładane w niej nadzieje, bo fotki rewelacyjne, znaczy równie dobre co zwykle tylko jeszcze lepsze!!! Brawo i jeszcze raz brawo:oklasky::oklasky::hura:!!!!!!
waldi-54, 2013-05-12 21:42:21
Pięknie Piotruś opisałeś swoją wielką pasję, jaką jest podpatrywanie przyrody, spoglądając na zdjęcia niemal poczułem ten wszędobylski zapach Biebrzańskich bagien, słyszałem śpiew ptactwa i krzyk czarnych rybitw, o Batalionach nie wspomnę. Pięknie!!!:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Gratulując pięknej wyprawy pozdrawiam - waldi-54:papa2:
spining, 2013-05-13 10:22:33
Przeczytałem tekst i obejrzałem zdjęcia już trzy razy. I powiem krótko: zazdroszczę Ci wypadu, bliskości pięknej przyrody i obcowania z nią. Tekst i zdjęcia pierwsza klasa duże :oklasky::oklasky:
chojny83, 2013-05-14 14:12:14
Jedno słowo ode mnie: Zazdroszczę!
bysior, 2013-05-14 14:19:54
Z niechęcią się przyznam, że też zapomniałem o rybach tak jak Paweł... Podlasie jest przepiękne, ciche, spokojne, pełne prawdziwej niczym nie zmąconej przyrody... dawno już tam nie byłem... Piotruś czytając Twój kolejny tekst, znowu poczułem się jakbym tam był i niemal sam robił te zdjęcia. Które są rewelacyjne, wszak taki "tele" zobowiązuje :oklasky: Ja Ci życzę Pitoruś - żebyś wygrał ze 3 bańki w totka i zostawił tą Warszawę.... Jeszcze raz brawo za świetny artykuł :oklasky:
feeko, 2013-05-14 18:36:58
Myślę, że poniższe dwa słowa oddadzą wyraz mojej miny: Cudo! Zazdroszczę!
Novis, 2013-05-14 19:22:32
Widzę, Piotruś, iż odstawiasz wędkarstwo na bok. Podziwiam takich ludzi, jak Ty. Jak chcesz, skontaktuję Cię z Andrzejem Reschke z WCWI i SWI. Macie podobne zainteresowania. Patrząc na Twą optykę i aparat, okres próbny fotograficzny masz już za sobą i zaczynasz poważnie traktować fotografię. No cóż, ze swej strony dodam jedynie, iż mnie to nigdy nie pociągało, niech robią to Ci, którzy to kochają. Tak będzie lepiej. Foty przednie. Do zobaczenia w Sochocinie, Piter.:aparat:
Kaz, 2013-05-15 17:46:43
:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:Piotruś wspaniale ujołes piękno naszej jak wspaniałej przyrody Biebrzańskiej:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
Wozik77, 2013-05-17 21:09:24
Dzięki Chłopaki za miłe komentarze. Myślę, że dopóki Shrap będzie prezentował poziom o jaki dba Bysior dopóki takie właśnie teksty - bardziej przyrodniczo-krajoznawcze niż wędkarskie będą miały tu sens. Dla wielu z Nas/Was to przyroda jest tym co przyciąga nad wodę - rybki niekiedy są wręcz uzupełnieniem. Miło mi że mogłem Wam pokazać kolejny wycinek rodzimej przyrody :kwadr: