Andamany - w królestwie krykieta

lenok77 2020-09-27 Wyprawy wędkarskie

...
Dużo sobie obiecałem po tym wyjeździe. Legendarne Andamany – królestwo morskiego poppingu... a jednak nie było po królewsku... naprawdę trzeba było nieźle kombinować by cos złowić. Tym razem wędkować miałem w towarzystwie mojego przyjaciela Amadeusza który po przygodach z norweskimi szczupakami zapragnął spróbować "czegoś więcej". Termin wyjazdu padł na kwiecień. Do naszej dwójki na miejscu dołączyć miał Andrew (Andriu) z RPA oraz Guy – Belg na co dzień mieszkający to w Tajlandii, to właśnie na Andamanach.

Aby dotrzeć na miejsce musieliśmy pokonać drogę lotniczą na trasie Kraków - Frankfurt - Madras - Port Blair. Wystrój wnętrza lotniska w Madras nie pozostawia złudzeń, że właśnie wylądowaliśmy w Indiach.



Andaman Południowy z "lotu ptaka".


Ostatnim etapem podróży był 2 godzinny rejs promem na wyspę Havelock, która była naszą bazą wypadową. To w jej okolicach oraz wysepkach archipelagu Ritchie wędkowaliśmy przez 5 dni.



Ponadto w "programie" mieliśmy jeden dzień połowów przy wyspie Barren, jednej z najdalej wysuniętych na wschód wysp archipelagu Andamanów która jednocześnie jest czynnym wulkanem, o czym mieliśmy się przekonać drugiego dnia pobytu.
Ale nim dotarliśmy na wyspę Havelock cały dzień spędziliśmy w stolicy Andamanów – Port Blair gdzie mieliśmy możliwość zachłysnąć się Indiami – ich klimatem przesiąkniętym krzykliwymi kolorami, zgiełkiem i niestety wszędobylskim brudem...
Totalny miks. Bajeczny koloryt i towarzyszący mu "zapach" wszelkiego rodzaju odpadków.



O hinduskim ruchu drogowym oraz samej motoryzacji można by pisać bez końca. Odniosłem wrażenie, że najważniejszym elementem pojazdu jest klakson a najważniejszym uczestnikiem ruchu są wszędobylskie krowy.





Królują pojazdy m-ki Tata. Niejeden europejski czy też amerykański "tunner" mógłby wpaść w depresję widząc jak niektóre samochody są oryginalnie "optycznie podkręcone" Z atrap chłodnic groźne spojrzenia rzucają różnego rodzaju diabły i inne złe duchy...



Podobieństwo do "Rakszasy" - hinduskiego demona ludojada jest aż nadto widoczne.


W końcu docieramy na miejsce. Pierwszy dzień na wodzie i od razu zaliczam pierwszą z kilku jak się okaże później porażek Na poppera Rapali mam ładne powierzchniowe branie wahoo (Acanthocybium solandri ) jednak prawdopodobnie na skutek błędu przy wiązaniu przyponu po kilku sekundach ryba zrywa cały zestaw. Szkoda – gatunek którego jeszcze nie mam na rozkładzie... tego dnia udaje mi się złapać ładnego GT i to na tyle... koledzy na łodzi nie lepiej.


Pogoda tego dnia jak i również przez cały pobyt piękna ok. 35 stopni. Żar leje się z nieba. Noce nie dają wytchnienia bo temperatura nie spada poniżej 25 stopni. Do tego niesamowita wilgotność. Cały dzień na łodzi w takich warunkach daje w kość. Po powrocie z połowów marzymy tylko o zimnym prysznicu i zimnym piwie. O ile z zimnym prysznicem nie ma problemu tak na zimne piwo będziemy musieli czekać 2 dni Na Andamanach odbywają się jakieś lokalne wybory przez co obowiązuje całkowity zakaz sprzedaży alkoholu. Nasze prośby o sprzedaż "spod lady bez paragonu" nie przynoszą skutku.

Drugi dzień to wędkowanie w okolicy Barren. Mamy to szczęście, że warunki pogodowe pozwalają na wypłynięcie na otwarte wody morza andamańskiego. Podczas ponad 2 godzinnej podróży motorówką napotykamy stado delfinów. Wyspa jest miejscem niemal magicznym. Czynny wulkan zapewnia nam niebywałe warunki do wędkowania, wyrzucając z krateru kłęby dymu i popiołu który pokrywa łódź i wszystko co się w niej znajduje. W takiej sytuacji ciężko wybrać między wędką a aparatem...


Surowe brzegi wyspy Barren... majestatyczne ale mało przyjazne miejsce.



Niestety wędkarsko jest mizernie. Nasze woblery odprowadzają jedynie nieduże bluefiny więc by odpocząć troszkę trollujemy. To też nie przynosi efektu poza dwoma uderzeniami w głęboko prowadzoną Rapalę. Po jednym z nich wyciągam woblera z rozgiętą przednią kotwicą. Z lenistwa nie chciało mi się wymienić jej na Ownera więc mogę mieć pretensje tylko do siebie. Zostaje spedd jogging. Brzegi wyspy wydają się idealnym miejscem do tej techniki. W odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu głębokość wynosi już miejscami niemal 100 metrów. Amadeusz i Andrew w ten sposób łowią 3 sztuki red jobfishów ( Aphareus rutilans ) o wielkości... kurtyna. W pewnym momencie Amadeusz ma brania które niemal wyrywa go z łodzi. Przy samym dnie pilker na jego zestawie zostaje zassany przez jakąś bestię. Kolejna próba oderwania Lewiatana z okolic dna...


Ostatni odjazd granika... za chwilę będzie po wszystkim...


To "przeciąganie liny" będzie trwać dobre 10 minut do czasu aż wielki granik zdecyduje wrócić do swojej kryjówki z częścią wędki Amadeusza. Szkoda bo to pewnie byłaby ryba wyjazdu. Do końca pobytu przy Barren już nic się nie dzieje. W drodze powrotnej próbujemy wypatrzeć tuńczyki żółtopłetwe. Niestety ich także nie namierzamy. Ale było warto poświęcić te kilka godzin by dotrzeć na Barren i móc połowić u jej brzegów. Widoki i "klimacik" trochę osłodziły fakt, iż wyniki nie powaliły na kolana ( choć Amadeusz przyklęknął po jednym z odjazdów granika z którym walczył ). Pomimo porażki humory dopisywały. Ale jak mają nie dopisywać w takich "okolicznościach przyrody" i takim towarzystwie.


Dla tych którym będzie dane łowić przy Barren. To w tym miejscu czeka granik Amadeusza.


Zachodni brzeg Barren. Z tej strony wyspy kłęby dymu i popioły nie wyglądały już tak efektownie ale mimo wszystko klimatycznie.


Na pożegnanie z wulkanem w okolicach naszej łodzi pojawia się olbrzymia manta. Niestety nie dane nam było zobaczyć orłów zamieszkujących wyspę. Wg Guya czasami zdarza się, że potrafią one zaatakować prowadzonego przy powierzchni woblera. Podobno wtedy należy zupełnie nie reagować bo ptak nie wyczuwając szarpania porzuca przynętę. Prawdopodobnie Guyowi chodziło o wężojada andamańskiego.

Kolejne dni nie odbiegają od siebie. Naprawdę ciężko trzeba pracować by coś złowić. Nie pomagają zmiany przynęt, sposobu ich prowadzenia czy też zmiany miejscówek. Pojedyncze hole okupione są bólem pleców, potem na czole i otarciami naskórka na dłoniach... czyli jest poppingowo-standardowo, mimo wszystko pięknie. Padają pojedyncze niewielkie karanksy, Amadeusz wyholuje ładnego pstrąga koralowego, Andriu pokonuje ogara.





Płytka rafa przy plaży nr 7 na Havelocku obdarza nas 3 granikami nazywanymi przez Guya "tygrysami". W rzeczywistości to granik malabarski (Epinephelus malabaricus ). Ryby te dorastają do ponad 2 metrów więc nasze nie są żadnymi okazami ale i tak Abi jest pozytywnie zaskoczony, że na łodzi padła ich taka ilość. Na Andamanach jest to ryba pod ochroną. Wg Gaya tsunami mocno przetrzebiło jego populacje. Wyborny smak mięsa tego gatunku był kolejnym "gwoździem do trumny". Nasz przewodnik dużym szacunkiem daży te ryby i nasłuchaliśmy się opowieści o ich atakach na inne ryby holowane przez wędkarzy.


Te złapane przez nas tak jak i reszta ryb wędruje do wody. Jedynie pstrąg koralowy po prośbie Abiego będzie prezentem dla miejscowych policjantów. Nie pytamy dlaczego. Być może jego klakson nie był wystarczająco głośny.
Każdego dnia połowy kończymy około godziny 17 tej. Nim wrócimy do hotelowego pokoju, przepłuczemy sprzęt, zmyjemy z siebie sól na wyspie robi się już ciemno. Dzień kończymy kolacją w lokalu przy naszym hotelu. Kuchnia hinduska odbiega od naszej... dla mnie jako, że nie przepadam za ostrymi smakami jest wyzwaniem... ale potrawy w wersji łagodnej są naprawdę dobre. Nie polecam jedynie pizzy w portowej knajpie. Za to piwo o nazwie "Kingfisher" jest naprawdę dobre. Ciekawe tylko czy to kwestia faktycznie jego smaku czy tez małego wyboru innych piw oraz zmęczenia słońcem.



Zasłużony odpoczynek po całym dniu na wodzie. Piwko "wchodziło" bezproblemowo. A po piwku lub dwóch pora wracać do pokoju hotelowego by nabrać sił na kolejny dzień.

Kolejny dzień nie odbiega od poprzednich. Co jakiś czas kogoś wędka ku uciesze pozostałych członków ekipy przybiera pożądany kształt po ataku ryby. Każde GT jest obowiązkowo wypuszczane. W wielu miejscach na świecie to niemal jedyny sposób postępowania z tymi rybami niezależnie od ich wielkości. Nie są rozkoszą dla podniebienia. Jak to kiedyś napisał mój kolega – "trzeba być ciulem by je zabijać".


Dzień ma się ku końcowi. Czy kolejny w końcu będzie lepszy?


Wieczorami gdy słońce nie było już tak dokuczliwe plaża ożywała. Tysiące skorupiaków opuszczało swoje kryjówki w piasku.


A kolejny dzień w ten sposób rozpoczął Amadeusz. W drodze na łowisko zauważamy ataki na drobnicę. Pierwszy rzut Amadeusza kończy się braniem i udanym holem tej barakudy. Rozbudził nasze nadzieje, jednak z każdą godziną na wodzie wszystko wracało do normy. Czyli setki rzutów i pojedyncze brania. Nie wszystkie zakończone udanymi holami. Przekonujemy się, że popping "nie wybacza" wszelkich słabości konstrukcyjnych sprzętu kilka wędek kończy swój żywot. Także mój Sportex który przy kolejnym wyrzucie rozpada się na kilka części.


Nie tylko sprzęt wędkarski dostawał w kość czasem puści jakiś szew...


Trzeba troszkę "zabulgotać" a następnie dobrze zaprzeć się o burtę łodzi i zacząć hol.


Kolejny GT w standardowym rozmiarze. Do tych największych brakuje mu więcej niż trochę ale mimo wszystko cieszy. Te ryby hipnotyzują... niebywała moc i agresja. Po pierwszym holu demolce ulega cały dotychczasowy "wędkarski porządek świata".


Ostatniego dnia zmieniamy taktykę i więcej pływamy. Na kolejnych miejscówkach po kilku pustych rzutach zmieniamy miejsce w poszukiwaniu aktywnych ryb. Pojedyncze ryby padają łupem Amadeusza i Andriu. Ja zrywam przyzwoitą barakudę i (niestety) kolejne wahoo, które po krótkim holu wypina się z poppera pokazując swój pręgowany bok. Ryba miała dobrze powyżej metra... Przegrywam też z ładnym granikiem który ucieka w rafę.

Karanks błękitnopłetwy.


Największą atrakcją ostatniego dnia jest spotkanie z olbrzymim stadem delfinów. Wg mnie liczyło ono kilkadziesiąt sztuk i osobiście do tej pory nie widziałem większego. Przez chwilę daje nam to nadzieję na spotkanie z tuńczykami które często wspólnie z delfinami polują, jednak delfiny oddają się zabawie a nie polowaniu, co wyklucza obecność tuńczyków.

Wędkowanie potrafi zmęczyć. Dobrze złapać trochę cienia podczas przelotu na kolejną miejscówkę.


Brak sukcesów wędkarskich wynagradzają nam widoki. Wyspy które w dużej mierze są niezamieszkałe porasta dżungla. Brak oznak cywilizacji chyba służy lokalnej faunie i florze. Oby było tak jak najdłużej.

Plaża niedaleko hotelu w którym mieszkaliśmy:


Co z tym krykietem? Otóż poznaliśmy fanatyzm hindusów jeśli chodzi o ten sport. Tak jak w Europie piłka nożna jest numerem jeden tak w Indiach krykiet bije popularnością inne dyscypliny. Codziennie w telewizji prowadzone są transmisje na żywo w iście bollywódzkim stylu.

Gdy byliśmy na Andamanach rozpoczynały się przygotowania do mistrzostwa świata w tej dyscyplinie w których wystartować miała reprezentacja Indii. Powodowało to "zalew" krykieta we wszystkich mediach.

Na koniec coś o pływających słoniach. Wpisując w wyszukiwarkę słowo "Andamany" zostaniemy zasypani zdjęciami pływających w morzu słoni. Niestety ten kto będzie chciał je zobaczyć spóźnił się kilka lat. Słoni już tam nie ma...zdechły. Można pomyśleć, naturalna kolej rzeczy. Ja też tak myślałem do czasu aż poruszyliśmy ten temat z Guyem. O ile kilkadziesiąt lat temu słonie były wykorzystywane do pracy to później stały się "atrakcją turystyczną" i były zmuszane do kąpieli w morzu... Guy na koniec rozmowy zadał nam retoryczne pytanie które rzuciło nieco inne światło na ten temat – "czy słyszeliście o innym miejscu na świecie gdzie słonie pływają w morzu?"...

Prawdziwe życie słoni na Andamanach. Zdjęcie które znajdowało się na jednej ze ścian restauracji hotelowej.


Kolejny wyjazd za nami. Co przyniesie kolejny? Coś tam w głowie się tli...

lenok77

...

43 wiosny z tego ponad 35 z wędką w dłoni, niemal wyłącznie ze spinningiem :) Początki na tarnowskim Dunajcu, stopniowo z wędką podróżowałem coraz dalej i śmielej :)

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!